Zjazd absolwentów nie jest taki straszny!

Bardzo mnie kusiło, aby po latach nie pójść na spotkanie ze znajomymi ze studiów. Na szczęście zmieniłam zdanie.

Głowa do góry! Jeszcze wiele przed nami. Fot. Cameron Whitman | Stocksy United

W ubiegły weekend odbył się zjazd absolwentów mojego uniwersytetu w dwudziestą rocznicę ukończenia studiów. Zapakowałam dzieci do samochodu i przygotowałam je na dwugodzinną jazdę. Oczywiście zadbałam też o odpowiednią fryzurę i strój. Dokładnie obejrzałam swoją twarz w lustrze i stwierdziłam, że nie wygląda najgorzej, pomimo zmory, jaką jest trądzik różowaty charakterystyczny dla kobiet o celtyckim pochodzeniu, które lubią od czasu do czasu wypić zbyt wiele kieliszków wina. Mam urocze dzieci i przystojnego męża. Czułam się w miarę dobrze w wieku 42 lat, mając zaprezentować się swoim byłym kolegom z klasy, których nie widziałam od dwudziestu lat.

– Kochanie – usłyszałam głos męża, gdy zapinałam synowi pasy – spódnica ci się podwinęła.

Przyznam, że moja pewność od razu zmalała. Dlaczego powinnam zmieniać sposób, w jaki ludzie mnie postrzegają? Po co udawać, że jest się „pozbieranym życiowo”? Na pewno nie byłam taka na studiach. Zawaliłam pierwszy rok, nie potrafiłam wybrać swojej specjalizacji, a studia ukończyłam tylko dlatego, że dyrekcja zgodziła się nagiąć parę wymagań. Naturalnie na niektórych zajęciach, takich jak literatura czy inne kursy artystyczne, szło mi bardzo dobrze. Jednak jeżeli chodzi o inne, to zależało mi tylko na tym, aby jakoś je zaliczyć. Studia ukończyłam, pracę znalazłam, wyszłam za mąż, mam dzieci. Jednak trudno zaprzeczyć temu, że niczym się nie wyróżniam. Wygodnie siedzę sobie gdzieś pomiędzy wszystkimi. Jeżeli chodzi o osiągnięcia, to zdecydowanie jestem przeciętna.

Wiele tygodni przed zjazdem jedyne, o czym myślałam, to bielizna wyszczuplająca, makijaż zakrywający zaczerwienienia oraz to, jak uniknąć rozmów na temat osiągnięć.

Moja przeciętność sprawiała, że wahałam się, czy w ogóle wybrać się na zjazd absolwentów. Innymi przyczynami niezdecydowania było dodatkowe siedem kilogramów, które mi zostały po ciąży, wcześniej wspomniany trądzik i czoło, które wygląda, jakby chciało przejąć 50% mojej twarzy. Incydent ze spódnicą wydał mi się znakiem, że powinnam wypakować auto, wyjąć dzieci i walizki i zapomnieć o wszystkim. Nie chciałam spotkać się z tymi wszystkimi ludźmi, którzy są teraz elegancko ubranymi i ważnymi lekarzami z ważnymi dyplomami i z nieskazitelną cerą.

Już od wielu tygodni zastanawiałam się czy pójść czy nie. I to nie tylko z powodu mojej wagi i zaczerwienionej twarzy, ale przede wszystkim dlatego, że niewiele wydarzyło się w moim życiu w ciągu dwudziestu lat. Nie poszłam na prawo ani nie uzyskałam tytułu doktora jak niektórzy moi znajomi. Nie stworzyłam nowej platformy społecznościowej, nie zostałam też dyrektorem żadnej organizacji pozarządowej. Nie mieszkam w Luksemburgu i nie mówię do nikogo „Ciao!”. Jestem zadowolona ze swojego życia, ale jednocześnie nie zrobiłam niczego wyjątkowego. Wiele tygodni przed zjazdem jedyne, o czym myślałam, to bielizna wyszczuplająca, makijaż zakrywający zaczerwienienia oraz to, jak uniknąć rozmów na temat osiągnięć.

Gdy w końcu wyruszyliśmy, moje myśli zaprzątały dwie rzeczy: będę musiała ujawnić, że wiodę wyjątkowo przeciętne życie i że moje dzieci bardzo często wymiotują w samochodzie, krzycząc i niszcząc przy tym ubrania. Rozwiązaniem pierwszego problemu miało być bezpośrednie pytanie ludzi, co słuchać u nich. Planowałam w ten sposób uniknąć pytań o moje życie. Na drugi kłopot pomogły lekarstwa, które uspokoiły dzieci i sprawiły, że przez prawie całą drogę spały.

Skończyło się tym, że moi synowi jednak zwymiotowali podczas podróży, ale przynajmniej zachowali przy tym spokój. Jeżeli chodzi o moją strategię unikania pytań, okazało się, że nie była potrzebna.

Bałam się, że na jaw wyjdzie moja wrażliwość spowodowana tym, że nie udało mi się spełnić swoich oczekiwać sprzed dwudziestu lat.

Kiedy tylko weszłam na salę, wydarzyło się coś niespodziewanego. Wszyscy, których znałam z uniwersytetu, nagle mieli po 42 lata! Poczułam się jak w filmie, którego fabuła rozciąga się na kilka dekad i makijażysta musiał wizualnie postarzać młodych aktorów. Wydawało mi się, że czas w ogóle nie upłynął i tylko nagle przeskoczyliśmy o dwadzieścia lat do przodu. Chłopak, który był moim partnerem na kursie salsy w 1996 r. miał teraz siwe włosy i wygłaszał opinię na temat związków zawodowych. Mnie się wydawało się, że zaledwie parę tygodni temu tańczyliśmy razem.

Starsi czy nie, wciąż byliśmy tymi samymi osobami. Plotkowałam z tą samą przyjaciółką, z którą robiłam to w przeszłości przez cztery lata. Jedyną różnicą było to, że tym razem nie wypalałyśmy papierosa za papierosem (w wieku 22 lat nie myśli się o swojej śmiertelności, w wieku 42 lat jedyne, o czym myślisz, to twoja śmiertelność). Następnie rozmawiałam z inną koleżanką z grupy, prawniczką, która nie zważała na to, że ona posiada jakiś certyfikat, a ja nie. Rozmawiałyśmy o koledze, który zmarł niedawno z powodu alkoholizmu. Odeszło więcej naszych znajomych. Wspominaliśmy ich i współczuliśmy ich dzieciom i rodzicom.

Bałam się, że na jaw wyjdzie moja wrażliwość spowodowana tym, że nie udało mi się spełnić oczekiwań sprzed dwudziestu lat. Moje życie wyglądało inaczej niż się tego wtedy spodziewałam.

Kiedy jednak zobaczyłam moich znajomych z grupy, moich dawnych przyjaciół czy chłopaka, w którym się podkochiwałam, porównywanie naszych osiągnięć i CV nagle wydało mi się głupim pomysłem. Razem przeżyliśmy młodość. Teraz może i jesteśmy dorosłymi osobami w średnim wieku, kiedyś jednak dzieliliśmy cztery wspólne lata. Razem kończyliśmy studia, razem przechodziliśmy z dzieciństwa w dorosłość. Oczywiście, gdybyśmy chcieli porównać CV, jedni wypadliby „gorzej” a drudzy „lepiej”. Byłam jednak w błędzie, myśląc, że celem takich zjazdów jest wypytywanie ludzi, co osiągnęli w życiu i wychwalanie się swoimi sukcesami. Niektórzy może tak robią, ale szybko odkryłam, że nie są oni interesującymi rozmówcami.

Na nowo odkrywasz siebie z przeszłości i ponownie otwierasz swoje serce na ludzi, których znałaś, gdy byłaś młoda. Wszyscy życzymy sobie jak najlepiej.

Zjazd okazał się przeżyciem bardziej metafizycznym niż się tego spodziewałam. Witasz się ze znajomą, która jest teraz w średnim wieku, ma dodatkowe kilogramy i zmarszczki na twarzy, ale jednak wciąż potrafisz dostrzec w niej dziewczynę, która była twoją przyjaciółką na pierwszym roku studiów. Dostrzegasz zabawną i wrażliwą koleżankę, która chodziła z tobą do koła teatralnego i odkrywasz, że wciąż jest zabawna i wrażliwa. Kochasz ją nawet bardziej, bo widzisz, że wciąż jest sobą. Jej CV to tylko świstek papieru. Na zjeździe absolwentów na nowo odkrywasz siebie z przeszłości i ponownie otwierasz swoje serce na ludzi, których znałaś, gdy byłaś młoda. Wszyscy życzymy sobie jak najlepiej.

W przeciwieństwie do większości moich znajomych wzięłam ze sobą dzieci, które wciąż budzą mnie z samego rana. Dlatego też następnego dnia zjadłam śniadanie z ludźmi, którzy rozpoczęli studia w 1961 roku. Jedna z kobiet miała na sobie T-shirt z napisem: „Ukończyłam chemię, więc od razu załóżmy, że mam rację”. Kobieta urodzona w 1939 r., która ukończyła chemię! Byłam pod wrażeniem! Tak naprawdę jednak ten element CV nie odgrywał wielkiej roli przy stole. Podczas śniadania rozmawiała ze swoimi znajomymi o najnowszych wydarzeniach, wyborach, o wnukach. Poruszali najzwyklejsze tematy.

Siedząc pomiędzy klasą z 1961 roku a swoim dzieckiem, wciąż czułam, że znajduję się gdzieś pośrodku. Nie był to już smutny i depresyjny środek. Nie czułam się ani stara, ani młoda. Nie wydawało mi się, że odniosłam niebywały sukces, ale także nie poniosłam spektakularnej porażki. Po prostu byłam sobą. Może nie udało mi się osiągnąć wszystkiego tego, co sobie wymarzyłam, ale istnieje spora szansa, że wiele rzeczy jest jeszcze przede mną. Kto wie, co się jeszcze wydarzy? Podczas zjazdu, który wywoływał u mnie tyle obaw wcześniej, znajdowałam się z ludźmi, z którymi połączył mnie los i z którymi spędziłam dużą część swojego życia. Wszyscy oni są ludźmi, którzy starają się wieść dobre życie, nie oceniając przy tym innych.

Być może podzielasz moje odczucia, że nie osiągnęłaś wszystkiego, co chciałaś, że nie jesteś wystarczająco chuda, że twoja skóra nie jest gładka lub że nie uścisnęłaś nigdy dłoni prezydenta. Najważniejsze, że jesteś sobą. Tak samo twoi znajomi ze studiów są tylko sobą i to wystarczy. Udział w takim zjeździe pomoże ci to zrozumieć i odnaleźć swoje miejsce w świecie. Pomoże ci pogodzić się z upływem czasu, ale także udowodni, że jeszcze wiele możesz osiągnąć. To bardzo cenne doświadczenie.

Leigh Anderson
leighanderson
Dziennikarka. Współpracuje między innymi z Vox, Newsweek.com i Popular Science. Autorka The Games Bible: The Rules, The Gear, The Strategies" (Workman, 2010)

Dodaj komentarz: