Zdrowa czy chora – jesteś kobietą. Zobacz jak córka robi makijaż mamie po chemioterapii (FILM)

„Starość nie może sobie pozwolić na nieświetne ubranie” – pisała w swoich „Dziennikach” Maria Dąbrowska. Warto dbać o siebie, szczególnie gdy jest nam ciężko.

Ciekawe, że ta właśnie refleksja przypomniała mi się po obejrzeniu filmiku na YouTube, w którym córka robi profesjonalny makijaż chorej na raka matce.

Oczywiście, jest w tym filmiku mnóstwo czułości, miłości, najlepszej na świecie kobiecej solidarności – i to jest absolutnie wspaniałe. Byłoby zresztą cudowne zawsze, w każdych okolicznościach; gdyby mama była zdrowa i w pełni sił, nie umniejszyłoby to uroku tego gestu.

Zbyt wiele wiemy my, dziewczyny, o skomplikowanych relacjach matka-córka, żeby tego nie docenić. Oto wiosna pielęgnuje i troszczy się o jesień – bez zazdrości, bez urazy, z oddaniem. Nie znajdziemy tu tego odwiecznego przeciwieństwa „młodość-starość”, które gdzieś głęboko nosimy w sobie, być może jako bagaż po baśniach słyszanych w dzieciństwie, w których piękna i młoda królewna pada ofiarą starej (a przynajmniej starzejącej się) czarownicy-macochy. I to samo w sobie jest już bardzo poruszające.

WARTO PRZECZYTAĆ: Hipster Katoliczka: Czym jest feminizm? Czyli co chciałabym przekazać swojej córce

Ale jest też coś więcej, ta refleksja pisarki i wnikliwej obserwatorki. Tu dygresja: Maria Dąbrowska – założę się, że pamiętamy tylko jej portretowe zdjęcie, wiszące w szkołach, przedstawiające dobrotliwą, siwą panią w dziwacznej fryzurze na chłopczycę – bardzo jednak dbała o wygląd zewnętrzny. Ubierała się starannie w szyte na miarę kostiumy, regularnie chodziła do fryzjera, zawsze miała dyskretny manicure; wspomina o tym w „Dziennikach” na tyle często, byśmy mogli pojąć, że nawet w trudnych powojennych latach rzeczywiście było to dla niej ważne. Nic w niej nie było z atrakcyjnej femme fatale, oczywiście. Dąbrowska była po prostu elegancką starszą panią, w tym najprostszym i najcelniejszym rozumieniu elegancji: ubierała się schludnie i stosownie do okazji. Ale nigdy się nie poddała, stąd jej pełna niesmaku uwaga.

Noblesse oblige, czyli godność zobowiązuje!

Coś więcej zatem. Żadna słabość – ani choroba, ani starość (może łagodniej: starzenie się, w każdym razie pewien ubytek sił) – nie powinna usprawiedliwiać zaniedbania. Z dwóch ważnych powodów, tak myślę. Pierwszy to szacunek dla otoczenia i dla samej siebie. Naturalnie, że z miejsca można wymyślić kilka ważnych kontrargumentów, w rodzaju „jestem chora, jestem stara, niedługo umrę, nie mam siły ani ochoty i w ogóle co to kogo obchodzi, mnie najmniej”. A jednak nie. „Noblesse”, dosłownie „szlachectwo”, postaraj się rozumieć jako „godność”.

To, co uchodzi młodości – ba, nawet dodaje jej uroku – ten szczególny rodzaj nonszalancji, rozczochrane włosy, podkrążone oczy, zmięta bluzka, dziurawe dżinsy (tak, tak, wiadomo, teraz nosimy na wszystkie okazje, ale błagam, nie przeoczmy chwili, gdy okażą się passé, a będzie to lada moment, ponadto naprawdę nie są obowiązkowe) – w chorobie i starości może okazać się smętnym nieporozumieniem. W dodatku deprymującym i noszącego, i obserwatora.

Słabość to szczególny rodzaj pasożyta.

„Mój zacny wujek, biedaczysko, gdy niemoc go zwaliła z nóg, szacunku żądał, oto wszystko, i cóż lepszego zrobić mógł? Niech innym to za wzór posłuży…” – tak się zaczyna „Eugeniusz Oniegin” Puszkina (w tłumaczeniu Juliana Tuwima). Otóż nie można zrobić nic lepszego niż słynny wuj, z tej mianowicie przyczyny – i to jest ten drugi powód – że słabość to szczególny rodzaj pasożyta, który tym chętniej się rozrasta i tym szybciej przejmuje nad człowiekiem kontrolę, im mniejszy opór wyczuwa.

WARTO PRZECZYTAĆ: 100 życiowych rad od stulatki

Poddasz pierwszy przyczółek – powiedzmy, strój, w którym chadzasz po domu – a za chwilę uznasz, że nie ma po co się czesać, bo i tak nigdzie nie idziesz. Proszę, nie rób tego. A jeśli jesteś młoda i pełna życia, pod żadnym pozorem nie śmiej się głupkowato z babci, która sekundę po otwarciu oczu sięga po lusterko i mówi do siebie na głos: „Jak wyglądam? Szybko, gdzie moja kredka do brwi!”. Ty możesz jeszcze tego nie wiedzieć, ale babcia doskonale rozumie, o jaką stawkę toczy się gra.

To takie proste, a najtrudniejsze: w walce z jakąkolwiek słabością nie wolno skupiać się na tym, czego nam brakuje, co tracimy. Bo wtedy będziemy tracić szybciej. I nie starczy nam sił ani chęci na całą resztę. Trzeba pielęgnować to, co jeszcze jest, co daje nam moc. A kiedy zabraknie wszystkich atutów, do końca zostaje nam jedno: godność.

Joanna Kiszkis
Joanna Kiszkis
Z wykształcenia historyk sztuki. Gdańszczanka, od 10 lat mieszka we Wrocławiu, jest rzeczniczką Teatru Muzycznego Capitol i Przeglądu Piosenki Aktorskiej. A lubi: "milczeć, deszcz, słowniki, ilustrowane tygodniki..." (i dalej, jak w "Kwiatach polskich" Tuwima).

Dodaj komentarz: