Rycerz na białym koniu

Podobno gatunek na wymarciu, okaz rzadszy niż tyranozaur. Bo miłość to nie motyle w brzuchu, czerwone serduszka i romantyczne uniesienia. Serio?

Kochać i być kochanym. Fot. Paul Bradbury | Getty Images

Jakiś czas temu, całkiem przypadkiem trafiłam na świadectwo pewnego małżeństwa wygłaszane na jednym z wielu wakacyjnych spotkań dla młodych ludzi. Abstrahując od historii i doświadczeń (z pewnością bardzo bogatych i uduchowionych) wspomnianej pary, uderzyło mnie jedno.

Miłość to jest hard

Ona, młoda i ładna, opowiada o swoich wyobrażeniach na temat zakochania i miłości. Wyznaje, że jako nastolatka naczytała się harlequinów i innych błahych opowiastek, przez które miała wykrzywione spojrzenie na emocje, relacje, miłość.

„Myślałam, że jak się zakocham, to będzie tak, jakby mnie piorun trafił. Grom z jasnego nieba mnie oświeci i będę wiedziała, że to na pewno TEN. W dodatku, on niczym rycerz z baśni przyjedzie na białym rumaku i mnie porwie. A tak nie było” – wyznaje mniej więcej tak.

I dochodzi do konstatacji, że miłość nie wygląda jak w romantycznych filmach czy babskich czytadłach. Bo miłość to jest taki hard, decyzja na śmierć i życie, której nie podejmuje się przy tandetnych trelach skowronków.

Hmmm… Rzewnie spoglądając w przeszłość, przypominając sobie moje własne pierwsze zakochania, a wreszcie TEGO jedynego na całe życie, nieco się zasmuciłam. Bo czy nie jest trochę tak, że my katolicy, kiedy już mówimy o miłości, to zawsze jako o wyrzeczeniu, cierpieniu, poświęceniu, rezygnacji z siebie, śmiertelnie poważnej decyzji, w zdrowiu i chorobie, na całe życie, do grobowej deski, ufff… Szczerze? Aż się odechciewa.

Prawdziwych rycerzy już nie ma

Oczywiście, to wszystko prawda, miłość to śmiertelnie poważna sprawa, ale…nie tylko! Przecież mówi się, że miłość jest nie tylko ślepa, ale i głupia. A skoro tak, to jest w niej miejsce i na uśmiech, radość, tarzanie w błocie, na wojnę na śnieżki i zabawę w berka, na obsypanie się mąką przy robieniu ciasta i puszczanie mydlanych baniek. Jednym słowem, na długą litanię całkiem niepoważnych, wręcz dziecinnych czynności.

Trochę mnie smuci, kiedy słyszę w Kościele świadectwa małżeństw, z krótszym lub dłuższym stażem, które mówią o zakochaniu czy małżeństwie w tonie wyłącznie pokutniczo-cierpiętniczym. Rycerz na białym koniu? Grom z nieba? Bajki dla dzieci albo przeciętnych zjadaczy harlequinów. My tu jesteśmy super-hiper-talibo-katolikami i my mówimy, że tego nie ma. Trawestując słowa Osieckiej do znanej piosenki, można by rzec: Dziś prawdziwych rycerzy już nie ma.

Ale to nieprawda! Oczywiście, że są, trzeba jedynie odrobinę dobrej woli, trochę wyobraźni i spojrzenia na świat oczami nastolatka. Bo przecież nie chodzi o dosłowność. Nie wiem, czy któraś, nawet najbardziej infantylna gimnazjalistka, rzeczywiście literalnie oczekuje, żeby jakiś gość przyodział lśniącą zbroję i zamiast do sportowego cabrio wskoczył na rosłego wierzchowca i cwałem podjechał pod zamek, by ją odbić z rąk czarnoksiężnika. Wtedy ona rozplecie swój kilkunastometrowy warkocz, po którym on się wespnie, a potem będą żyli długo i szczęśliwie.

Okiem nastolatka

Nie trzeba tych wszystkich ceregieli i bajkowych gadżetów, żeby poczuć motyle w brzuchu. Wystarczy, że na horyzoncie pojawi się ON. I rzeczywiście, wszystko może być, jak w tanich romansach, łącznie z drżeniem serca, omdlewaniem, brakiem słów i miękkimi nogami.

Powie ktoś, że to tylko otoczka, powierzchowność, która – owszem, zdarza się, ale na początku. Zakochanie rządzi się swoimi prawami, ale potem… Potem to już tylko krew, łzy i znój. I znowu – niekoniecznie. Znam wiele małżeństw, ale najszczęśliwsze i najtrwalsze to takie, w których ludzie po latach (a nawet po całym wspólnym życiu) potrafią jeszcze spojrzeć na siebie oczami nastolatków.

To małżeństwa, czasem już dzieciate, a nawet i mocno dzieciate, które chodzą na randki (bo czemu by nie), robią sobie niespodzianki bez okazji, skradają całusy, piszą romantyczne liściki i sms’y, trzymają za rękę na spacerze, ścigają, kto pierwszy sturla się z górki i dziesiątki razy dziennie powtarzają „kocham”.

Pluszowy miś i diabeł rogaty

Wiem, że to nie jest cały obraz małżeństwa, w którym zdarzają się przecież gorsze dni. W końcu, jak w innej piosence śpiewa Happysad, miłość nie pluszowy miś, ani kwiaty, też nie diabeł rogaty. Bo nie jest to ani tylko jedno, albo tylko drugie. Raczej wybuchowa mieszanka.

Brakuje mi natomiast, szczególnie w naszym kato-świecie, takiej lekkości, radości i świeżości w mówieniu o miłości. Miłości, która oczywiście jest decyzją, rezygnacją, poświęceniem, hard, do grobowej deski…, ale która może nie dotrwać do tej grobowej deski, gdyby nie ta cała romantyczna, trochę różowo-pluszowa, a czasem po prostu harlequinowa otoczka.

A co do rycerzy i dosłowności…

Rzadko oglądam romantyczne komedie, a już polskie – prawie w ogóle. Ale jakiś czas temu przypadkiem zobaczyłam „Planetę singli”. W wielkim skrócie – ona, trochę feminizująca, wygadana, trzydziestoletnia Zosia-Samosia, marząca o prawdziwym dżentelmenie, rycerzu na białym koniu. On – telewizyjny showman, burak i celebryta, który nie zawaha się zranić drugiego człowieka, byleby piąć się po szczeblach kariery. Wspólnie pracują, mało się nie zabiją (kto się czubi…), on ją krzywdzi, ona nie chce go znać. Jednym słowem, losy poplątane jak makaron do spaghetti mieszany przez nadpobudliwego kucharza. Ale nie o tym. W jednej z ostatnich scen filmu on, by ją wreszcie zdobyć, przyjeżdża na pełną ludzi Starówkę… na białym koniu. W pełnej zbroi.

Czyli jednak są!

Marta Brzezińska-Waleszczyk
Marta Brzezińska
Redaktor Aleteia Polska, dziennikarka, publicystka, autorka książek. Współpracowała z "Rzeczpospolitą", Frondą, Wp.pl, Natemat.pl oraz Deon.pl. Pisuje w "Przewodniku Katolickim".

Dodaj komentarz: