Pomiędzy blenderem a laptopem, czyli praca w domu…

Rozważasz przeniesienie biura do domu albo myślisz o tym, by po urlopie macierzyńskim zmienić tryb pracy na zdalny? Takie rozwiązanie ma sporo zalet, zwłaszcza kiedy ma się małe dzieci. Jest też kilka trudności.

Wystarczy laptop, telefon i dostęp do internetu, by urządzić w domu biuro. Pozostaje tylko kwestia biurowej dyscypliny... Fot. Hero Images | Getty Images

Od ośmiu lat pracuję zawodowo w domu. Co dzień oszczędzam około dwóch godzin na dojazdach. W sumie daje to 440 godzin rocznie, czyli 18 pełnych dób. Jeśli masz do swojej firmy równie daleko, pewnie mogłabyś na tym zakończyć czytanie tego artykułu, bo już jesteś przekonana na „tak”. Poza tym, jeśli policzysz, ile czasu zajmuje ci w pracy sama praca, a ile przygotowywanie się do niej, picie kawy, zebrania zespołu i pogaduszki, to może okazać się, że przez osiem godzin zrobisz w domu dwa razy więcej niż w biurze.

Dla mnie najważniejsze jest to, że kiedy jestem w domu, znajduję się w miejscu, w którym jestem niezastąpiona. Zawożę dzieci do szkoły, jestem blisko, kiedy chcą mnie o coś zapytać, rozmawiam z nimi. Mam pod kontrolą to, co robią, czytają, oglądają. Nie muszę się bać, że włączą telewizor albo komputer i zobaczą coś, czego nie powinny. Kiedy wracają ze szkoły, czeka na nie obiad i uśmiechnięta mama, a nie zimny, pusty dom. To ogromna różnica.

Kiedy dzieci chorują, mogę się nimi zająć. Wymaga to na ogół poprzesuwania różnych zajęć (czytaj: nadrabiania zaległości po nocach), ale nie musimy z mężem w panice szukać opiekunki, ani prosić babć o pomoc. Unikamy też popłochu, jaki nastaje przed wakacjami w rodzinach, w których oboje rodzice pracują poza domem. Urlopy obojga dorosłych, nawet wykorzystywane oddzielnie, nie wystarczają na zapewnienie opieki dzieciom we wszystkie wolne dni w roku. Przecież oprócz wakacji i ferii zimowych jest jeszcze około 20 dni, kiedy szkoły i przedszkola są zamknięte, a wszyscy inni pracują. Doprawdy nie wiem, czemu nikt się jeszcze przeciw temu na serio nie zbuntował.

Kiedy w towarzyskich rozmowach pojawia się temat mojej pracy, kobieta zwykle mówi: „Ale ci dobrze!”, a mężczyzna mi współczuje. Intrygujące.

Zdaje się, że wszyscy mają na myśli to samo – łączenie pracy zawodowej z zajęciami domowymi. Kobiety traktują to jako świetną szansę, a mężczyźni jako obciążenie. Co zrobić, żeby się udało?

Po pierwsze – organizacja

Mogę sobie pozwolić na to, by główkować nad rozwiązaniem problemu lub układać listę osób do obdzwonienia, a jednocześnie blendować soczewicę na pastę albo wycierać kurz. Problem w tym, że w domu jest zawsze tysiąc rzeczy do zrobienia. Ponieważ nikt nie stoi mi nad głową i nie muszę wyjść z biura o konkretnej godzinie, łatwiej mi przychodzi odkładanie pracy na później i niekończące się poprawianie i udoskonalanie efektów. Trzeba mieć porządny kalendarz, planować wieczorem, co się będzie robiło następnego dnia, i z żelazną konsekwencją trzymać się planu.

WARTO PRZECZYTAĆ:Osiągaj swoje cele. Jak stworzyć listę zadań, by ją zrealizować”

Po drugie – miejsce do pracy

Chociaż znam trzy osoby, które zrobiły doktoraty siedząc nocami w łazience przy dziecięcym stoliku, to jednak praca bez stałego, wydzielonego miejsca jest bardzo trudna. Kiedy po domu biegają dzieci, które co chwilę o coś proszą albo głośno się zachowują (czyli wszystkie dzieci), trudno się skupić. Najlepiej mieć oddzielny – choćby malutki – pokój. Ja siedzę na strychu, po prawicy mając suszące się pranie, a po lewicy deskę do prasowania.

Po trzecie – nie przesadzać

Jeśli uda mi się nie marnować czasu, mogę wpaść w inną pułapkę: pracować za dużo, zarywając noce, warcząc na dzieci i męża i zaniedbując inne obowiązki. Większość ludzi przeznacza wieczory i weekendy na zajęcia pozazawodowe. Ja muszę się pilnować, żeby oddzielać te dwie sfery życia. Niedobrze by było, gdyby dzieci oglądały mnie tylko zza ekranu komputera i na każdy pytanie słyszały odpowiedź: „Nie teraz”.

Po czwarte – zadbać o siebie

Czyli ruszać się i spotykać się z ludźmi. Będąc panią swojego czasu mam teoretycznie więcej możliwości, żeby wyjść na basen czy spotkać się z koleżankami. W praktyce na takie rzeczy często brakuje czasu i motywacji. „Domowy” pracownik ma dużo mniej okazji do przechadzek, biegania za uciekającym autobusem i pogawędek z ludźmi niż pracownik „pozadomowy”. Niestety, ma blisko lodówkę.

Prawdopodobnie przenoszenie się pracowników poza siedzibę firmy będzie coraz popularniejsze. Internet jest coraz szybszy, a narzędzia do komunikacji – coraz lepsze. Może kiedyś nikt już nie będzie pamiętał, że kiedyś ludzie, którzy pracowali razem, musieli siedzieć w jednym pokoju, daleko od swoich domów?

Joanna Operacz
Joanna Operacz
Żona, matka, gospodyni domowa. Pracuje w KAI, współpracuje z „Niedzielą” i polską Aleteią.

Dodaj komentarz: