Pary – po latach o swoim ślubie…

Co z perspektywy czasu jest ważne w przygotowaniu do ślubu i weselnego przyjęcia? Zapytaliśmy o to kilka par z długim małżeńskim stażem.

Ten dzień zapamiętamy na zawsze. Fot. H. Armstrong Roberts | ClassicStock | Getty Images

 

Ewa i Marcin

15 lat po ślubie: Nasz ślub, a jakby trochę nie nasz…

Fot. Dzięki uprzejmości Ewy i Marcina

Braliśmy ślub, mając po dwadzieścia kilka lat. Byliśmy dorośli, ale wciąż jeszcze nie do końca samodzielni: byliśmy uzależnieni finansowo i chyba trochę mentalnie od rodziców. Dziś, z perspektywy czasu sądzimy, że chyba lepiej byłoby organizować ślub w sytuacji, kiedy to my wykładalibyśmy pieniądze. Dlaczego? Choćby ze względu na gości: było ich ok. siedemdziesiątki – ale jednej trzeciej osób w ogóle nie znaliśmy. To byli znajomi rodziców! Nie chcieliśmy ich wśród gości, ale szliśmy na kompromisy: skoro to rodzice płacili za przyjęcie, godziliśmy się na wszystko. W związku z tym musieliśmy zrezygnować z zaproszenia części osób, które to my chcieliśmy widzieć na weselu, by z nimi celebrować to wydarzenie. Decyzji, które podjęliśmy ze względu na innych, było więcej. Na przykład sprawa alkoholu: nie chcieliśmy podawać na weselu wódki, ale dziadek mojego męża powiedział, że nie przyjdzie, jeśli jej nie będzie. Z obecności dziadka zrezygnować nie chcieliśmy, bo mąż jest z nim bardzo związany. Czuliśmy, że musimy iść na warunki postawione przez rodzinę. Działanie wbrew sobie wcale nie wyszło nam na zdrowie: część „wujków” bardzo szybko zaprawiła się wysokoprocentowym alkoholem. Zabawa w tych warunkach przestaje być zabawna. Gdybyśmy organizowali wesele dziś, nie byłoby na nim ani kropli alkoholu. Przez te kompromisy to nie była nasza chwila. Przyjęcie po prostu mignęło. Straciło całe znaczenie. Na szczęście sami zorganizowaliśmy uroczystość kościelną. Ceremonia w kościele była dla nas najważniejsza. Mszę celebrowali nasi przyjaciele ojcowie dominikanie, śpiewała schola, w której z mężem się poznaliśmy, przysięga małżeńska nie była stresem, przygotowaliśmy się na nią podczas cyklu wieczorów dla zakochanych. Komunia, podniosłość tego wydarzenia, nasi goście – to był nasz czas. Tylko w kościele czuliśmy się jak u siebie i bardzo to przeżyliśmy. I właśnie tę część będziemy zawsze pamiętać i wspominać.

Dagmara i Krzysztof

5 lat po ślubie: Spontaniczność nie zawsze jest dobra

Decyzje o ślubie podjęliśmy na trzy miesiące przed tym wydarzeniem. Przygotowania odbywały się więc dosyć spontanicznie – i to nam obojgu pasowało. Nie było dopinania wszystkiego na ostatni guzik przez kolejne miesiące; planowania przez lata, kłótni o bukieciki czy wystrój stołów weselnych. Pierwszy plan mówił, że przyjęcie odbędzie się pod namiotem w ogrodzie matki panny młodej. Ale na kilka dni przed imprezą wszystkie prognozy pogody mówiły, że w tym dniu będzie lało! Zaczęliśmy więc szukać sali. Choć czasu było tak mało, to udało się coś znaleźć. Tyle, że nie był to ideał: sala, owszem, duża i blisko domu, ale w mało atrakcyjnym miejscu i niezbyt romantyczna. Wolelibyśmy, żeby ślub odbył się w małym dworku lub pałacyku… ale, żeby znaleźć taki pałacyk, trzeba się trochę przyłożyć do szukania – a jeśli już się go znajdzie, trzeba go zarezerwować ze sporym wyprzedzeniem. Tutaj nasza radosna spontaniczność odbiła negatywnym rykoszetem. I tego trochę dziś żałujemy. Podobnie, jak żałujemy zaproszenia zbyt dużej liczby gości. Kameralne przyjęcie byłoby jednak lepsze – najlepiej w towarzystwie osób, które spotykamy na co dzień. Poza tym ludzie, którzy nas znają, na pewno lepiej dopasowaliby do nas ślubne prezenty. Nie chcieliśmy kopert z pieniędzmi, wydawały się nam sztywne i mało romantyczne; zrobiliśmy więc listę prezentów. Ale może za mało dokładnie opisaliśmy przedmioty, które chcielibyśmy dostać, bo niektóre były wręcz fatalnie nietrafione. Dziś sądzimy, że te nieromantyczne koperty byłyby chyba jednak lepsze, bo przynajmniej moglibyśmy wydać pieniądze na to, czego naprawdę potrzebowaliśmy. Największym przeżyciem była jednak uroczystość w kościele. To przysięga małżeńska była dla nas najważniejsza.

Anna i Karol

33 lata po ślubie: dzień zabawy

Fot. Dzięki uprzejmości Anny i Karola

Nasz ślub był bardzo tradycyjny: spora sala, dużo gości – stawiły się całe rodziny i wszyscy znajomi. Wszystkiego było dużo: zabawy, jedzenia, muzyki, tańców. Wszyscy bawili się doskonale, tradycyjnie: do białego rana! Dużo było także prezentów. Nasi goście dopisali i bardzo się postarali. Ślub braliśmy w kryzysie gospodarczym, więc każdy drobiazg był na wagę złota, a im bardziej praktyczny, tym lepiej – cieszyły nas więc żelazko, serwis obiadowy, komplet pościeli. Te prezenty naprawdę urządziły nas na nowej drodze życia. Ale choć takie tradycyjne weselisko nam pasowało, dzisiejszy zwyczaj brania skromnych ślubów też się nam podoba. Czasem słyszymy, że ludzie pobierają się tylko w towarzystwie świadków czy organizują wesele za granicą w małym gronie, tylko najbliższa rodzina i przyjaciele. Być może dziś zdecydowalibyśmy się właśnie na taką formę. Ale tylko być może…

Agnieszka i Tomasz

25 lat po ślubie: to nie był dobry moment

Kochaliśmy się i chcieliśmy się pobrać – ale jeszcze nie wtedy. Ale rodzice nalegali… Ulegliśmy. Moment był bardzo zły, bo panna młoda była akurat w żałobie po stracie taty. W takiej sytuacji duże przyjęcie czy wesele w ogóle nie wchodziło w grę. Przyjęcie w drogiej restauracji zorganizowali rodzice, zaproszona była tylko najbliższa rodzina. Całość trwało ok. trzech godzin. W sumie nasze ślubne przyjęcie przypominało bardziej rodzinny obiad, niż wesele. Dziś żałujemy, że ulegliśmy i że wszystko się odbyło w tak nieodpowiednim momencie. Przez to nie włączyliśmy się aktywniej w organizację – a szkoda, bo przecież same przygotowania to także źródło emocji. Tych pozytywnych i pewnie tych negatywnych, bo jest z tym trochę stresu – ale wtedy wydarzenie zostawia głębsze ślady w pamięci. Gdyby wesele odbyło się w innym momencie, moglibyśmy celebrować nasze połączenie się w związek małżeński dłużej i w większym gronie. Wesele to w końcu wesele, powinno trwać długo i dawać radość. Nie musi być huczne czy roztańczone, nie braku tańców żałujemy. Żałujemy tego, że trwało za krótko i wypadło mało uroczyście.

Magdalena i Sławomir

29 lat po ślubie: czegoś w bajce zabrakło

Fot. Dzięki uprzejmości Magdaleny i Sławomira

Nasz ślub miał być był jak z bajki. Panna młoda miała być księżniczką, a pan młody księciem. I w zasadzie tak było, bo cały plan został podporządkowany temu pomysłowi: mieliśmy przepiękną salę w centrum miasta, przybyli zacni goście, którzy przynieśli naprawdę piękne prezenty. Na weselu była prawdziwa orkiestra, był nawet wodzirej! I choć wszystkie szczegóły wydawały się być dopięte na ostatni guzik, czegoś w ten bajkowej scenerii zabrakło: tej najważniejszej, niepowtarzalnej rzeczy – romantycznego klimatu. Zagubiliśmy się w przygotowaniach, wyobrażeniach, planach. Za bardzo pilnowaliśmy swojego pomysłu. Gdy patrzmy na swoje wesele z perspektywy czasu, widzimy, że lepiej byłoby chyba wziąć ślub w jakimś dworku z dala od hałasu i miasta. Być może ten dworek byłby właściwym, romantycznym akcentem, a my bylibyśmy bardziej zajęci sobą, niż wizerunkiem naszego wesela. Tak naprawdę radość z wesela uratowała „dogrywka”: po imprezie wróciliśmy do domu i szykowaliśmy się do spania, kiedy nagle… ktoś zapukał do drzwi. Okazało się, że to grupka najbliższych przyjaciół chciała jeszcze raz złożyć nam gratulacje. Narodziła się z tego spontaniczna, nieduża impreza w kuchni – i wreszcie było swojsko, przyjemnie i rodzinnie.

Hanna Mądra
Hanna Mądra
Dziennikarka. Pisze o zdrowiu, zdrowym stylu życia i zdrowej diecie. Jeździ na rowerze, ćwiczy na siłowni pod chmurka, chodzi po górach. Kocha kino, Haruki Murakamiego i koty, słucha Adele. Marzy o wyprawie do Japonii.

Dodaj komentarz: