Miejsca rodzinne. Lwów

Listopadowe dni naznaczone są wspominaniem naszych najdroższych. Myślimy o nich, o ich życiu, o miejscach w których się urodzili. Czasem to terytoria dalekie, poprzecinane nowymi granicami, istniejące tylko w pamięci, lub na wyblakłych fotografiach.

Dachy kamienic we Lwowie. Fot. Leszek Kozlowski | Flickr

Jechać do Lwowa. Z którego dworca jechać

do Lwowa, jeżeli nie we śnie, o świcie

gdy rosa na walizkach i właśnie rodzą się

ekspresy i torpedy. Nagle wyjechać do

Lwowa, w środku nocy, w dzień, we wrześniu

Adam Zagajewski “Jechać do Lwowa”

Tym razem, to listopad. Do Lwowa można już pojechać zupełnie realnie, z krakowskiego dworca, nocnym pociągiem. Dociekliwe pytania celników na polsko-ukraińskiej granicy uświadamiają mi, że opuszczam terytorium UE. Zgrzyty i trzaski wagonu oznaczają zmianę osi kół na dostosowane do szerokich szyn, jakie wciąż obowiązują w byłym radzieckim imperium. Nie jest to moja pierwsza podróż za wschodnią granicę. Ale za każdym razem mam wrażenie że wyruszam w dwa równoległe światy.

Pierwszy świat ma smak ukraińskiego barszczu, warienek ze śmietaną i doskonałego piwa. To rzeczywistość opisana cyrylica, której rozszyfrowywanie z każdym dniem łatwiej mi przychodzi. To brzmienie ukraińskiego rocka i wszechobecnego, szczególnie na prowincji ukraińskiego disco-polo. Spod tych warstw smaków, dźwięków i słów prześwituje świat realnie nieistniejący, ale jednak wciąż obecny. Zapamiętany z rodzinnych opowiadań, anegdot i wspomnień. Te dwie rzeczywistości nakładają się na siebie. Jak nazwy ulic na planie miasta, który kupuję w sklepiku przy grekokatolickiej katedrze św Jura.

Wycieczki tropami przodków mogą stać się czymś więcej niż tylko sentymentalnym ubolewaniem nad doświadczeniem strat. Szczególnie dziś, kiedy przez Europę, przetacza się fala uciekinierów, którzy w pośpiechu i strachu opuszczają swoje miejsca na ziemi.

Łesia Ukrainka, wybitna ukraińska poetka mieszka teraz na dawnej ul. Skarbkowskiej. Hetman Doroszenko, co bił się z Sobieskim pod Pohajcami, objął patronat nad ulicą Sykstuską, a Stepan Bandera zastąpił księcia Leona Sapiehę. Tylko Mikołaj Kopernik i Aleksander Fredro dalej strzegą bogato zdobionych kamienic, secesyjnych bram i balkonowych balustrad.

A więc po co jadę do Lwowa? Lwów to nie tylko miasto, gdzie na każdej ulicy i na każdym placu można dotknąć historii, lecz także miejsce, gdzie rozgrywa się teatr pamięci. Dla mnie przed wszystkim tej osobistej, intymnej. Kiedy byłam dzieckiem, wydawało mi się to zupełnie naturalne, że kraina dzieciństwa moich rodziców istnieje tylko w ich opowiadaniach.

Prowadzili mnie tam wieczorami, snując, jak bajki na dobranoc, opowiadania o najlepszych ciastkach w cukierni Zalewskiego na Akademickiej, o tramwajach pnących się stromych ulicach, o kasztanach zbieranych w Parku Jezuickim. A przede wszystkim o kamienicy stojącej przy ul. Batorego. Kamienicy strzegli czterej tajemniczy rycerze oparci o miecze. Do pomocy mieli dwa lwy, wykute na fasadzie budynku. A żeby wejść do środka, trzeba było nacisnąć klamkę w kształcie wielkiego jaszczura. Rycerze, lwy i groźna głowa gada! Cóż może być bardziej ekscytującego dla małego dziecka! Wyobrażałam sobie, że mój Ojciec mieszkał w tajemniczym zamku. W dodatku słońce do wnętrza tej budowli wpadało przez kolorowe witraże, a na szczyt mieszkańców wwoziła prawdziwa winda.

Pierwszy raz stanęłam przed kamienicą ze dwadzieścia lat temu. Rycerze trwali na posterunku, choć ich ramiona, zmęczone od dźwigania loggii pierwszego piętra, nieco się skruszyły. Lwy straciły też część blasku, marmur był brudny i poszarzały. Za to tak, jak za czasów mojego Ojca, w budynku mieszczą się studia Lwowskiego Radia. Bardzo chciałam wejść do środka, ale dostępu bronił strażnik siedzący w kanciapie na parterze.

Tym razem było inaczej. Wiele miesięcy temu wyśledziłam w Internecie, że w kamienicy przy Batorego jest do wynajęcia mieszkanie dla turystów. Cena nie była wygórowana, formalności załatwiłam bez problemu, korespondując po angielsku z miłą dziewczyną z turystycznej agencji. Kod do bramy był prosty; w niczym nie przypomniał szyfru, jaki powinien bronić dostępu do tajemniczego zamku! W stróżowce przy wejściu siedziała miła starsza pani, która spojrzawszy na moją walizkę na kółkach z uśmiechem powiedziała „dobry den!”.

Mój ojciec w mieszkaniu przy ul. Kniazia Romana (dawniej Batorego). Lata 30-te XX wieku. Fot. Archiwum prywatne

I oto wchodzę po tych samych schodach, po których mój Ojciec codziennie rano zbiegał do szkoły. Jest też winda. Kiedyś elegancka drewniana kabina z lustrami i obitą pluszem ławeczką. Teraz zastąpiła ją tandetna klatka obłożona pomarańczową plastikową wykładziną. Przekręcam klucz w drzwiach mieszkania na czwartym piętrze. W przedpokoju światło sączy się przez kolorowe szybki witraży. Być może to samo światło żegnało moją babcię, w wiosenny poranek 1940 r., kiedy ubierała płaszcz, by po raz ostatni wyjść ze swojego mieszkania. Może miała nadzieję, że kiedyś jeszcze tam wróci. A może była pewna, że na zawsze zamyka drzwi do swojego dotychczasowego życia.

Wycieczki tropami przodków mogą stać się czymś więcej niż tylko sentymentalnym ubolewaniem nad doświadczeniem straty, której doznały rodziny takie jak moja. Szczególnie dziś, kiedy przez Europę, tak jak w połowie ubiegłego wieku przetacza się fala uciekinierów, którzy w pośpiechu i strachu opuszczają swoje miejsca na ziemi. Każdy z tych ludzi, kiedyś po raz ostatni patrzył na swój dom. Wielu z nich zachowało wspomnienie tylko gruzów, w jakie wojna obróciła to, co kiedyś było ich sypialnią, kuchnią, gdzie spędzali wieczory, schodami, którymi szli, wracając z pracy czy ze szkoły.

Ich dzieci, jeśli będą miały szczęście urodzić się w bezpiecznym kraju, nie zobaczą nigdy budynku szkoły swoich rodziców czy ogrodu dziadków. Rodzinne strony zostaną przeniesione w mityczne krainy, z czasem coraz piękniejsze, bogatsze i szczęśliwsze. Podróże na Kresy, przypominają że doświadczenie wysiedleń, ucieczek, utraty majątku dotyka dziś miliony ludzi na całym świecie. To co jednego dnia wydaje się dane raz na zawsze, stabilne i własne, może zostać odebrane i obrócone w ruinę.

W przypadku mojej rodziny historia okazała się trochę bardziej łaskawa. Kamienica przy ulicy Batorego, dziś kniazia Romana, stoi nadal. Mogę patrzeć o okien salonu moich dziadków na plac Halicki, zamknięty potężną bryłą dawnego klasztoru Ojców Bernardynów. Kościół przez wiele lat zamknięty, dziś służy grekokatolikom. Podobnie jak kościół Dominikanów, chyba najpiękniejsza barokowa świątynia jaka została zbudowana na ziemiach I Rzeczpospolitej.

Sień kamienicy przy ul. Kniazia Romana (dawniej Batorego). Fot. Archiwum prywatne

To przenikanie się historii i współczesności we Lwowie nie jest łatwym doświadczeniem. U niektórych Polaków ( spotkałam takich!) budzi pełen goryczy sprzeciw. Jeden ze spotkanych w dawnym kościele OO. Dominikanów rodaków stwierdził, że wolałby, by świątynia była jak za radzieckich czasów Muzeum Ateizmu, niż służyła grekokatolikom. Na nic zdały się moje wyjaśnienia, że grekokatolicy, to tacy sami katolicy jak my, a Kościół Katolicki jest Powszechny.

Dla mnie trudna do zaakceptowania jest postępująca z roku na rok ukrainizacja cmentarza Łyczakowskiego. Pomimo, że cmentarz jako zabytek kultury jest pod ochroną konserwatora, wciąż pojawiają się nowe groby. Oględnie mówiąc, dalekie od estetyki starych grobowców. Zdarza się, że polskie napisy z nazwiskami zmarłych są skuwane, a w to miejsce montowane są nowe, pisane już cyrylicą. Ale może i z tym się trzeba pogodzić. Nowi mieszkańcy Lwowa są gospodarzami również cmentarzy, gdzie chowają swoich bliskich i budują im nagrobki według swoich upodobań.

W ostatnie popołudnie mojego pobytu nad miastem przeszła gwałtowana burza. A po niej nad szarymi dachami kamienic i zielonym wciąż stokami Kajzerwaldu pojawiła się intensywna tęcza. Ostre światło zachodzącego słońca iluminowało kopuły Bernardynów. Podziwiałam ten widok, stojąc w oknie mieszkania przy Batorego/ Kniazia Romana. Moi bliscy na pewno nie jeden raz z tego samego okna oglądali taką tęczę spinającą dwa przeciwległe krańce miasta.

Staram się w moim zachwycie odnaleźć ich emocje. Ale nie szukam ich nostalgii za utraconym miastem. Dobrze było na kilka dni zamieszkać w starym mieszkaniu dziadków, ale potem wrócić do swojego życia. Wiem, że dzisiejsi mieszkańcy Lwowa kochają swoje miasto równie mocno, jak ci, którzy musieli je kiedyś opuścić. Wielu z nich odkrywa ślady dawnych sąsiadów. Jak choćby tegoroczna laureatka Nagrody Conrada, dziennikarka i pisarka Żanna Słoniowska. Ukrainka, lwowianka, mieszkająca od kilkunastu lat w Krakowie. „Dom z witrażem” to jej debiutancka powieść, której akcja rozgrywa się we współczesnym Lwowie.

Tytułowy dom to kamienica przy ul. Hercena 6 (dawniej Łodzińskiego) nieopodal „mojej kamienicy” przy Batorego. Spiralną klatkę schodową zdobi kilkunastometrowy secesyjny witraż z motywami karpackiej roślinności. Ciemne brązy na parterze przechodzą w jaśniejszą zielenie i fiolety, a na szczycie schodów światło sączy się przez błękitne szyby przywołujące obraz górskiego krajobrazu. Niszczejący przez wiele lat witraż, ostatnio pieczołowicie odnowiono. W mieście, które przeszło przez tyle traum i zmian, jego kruche piękno zachwyca

Marta Szostkiewicz
Marta Szostkiewicz
Dziennikarka. Matka dwóch córek, babcia jednej wnuczki. Przez wiele lat pracowała w publicznym Radiu Kraków. Publikowała w "Tygodniku Powszechnym" i tygodniku “Polityka". Mieszka w Krakowie.

Dodaj komentarz: