Rogaliki, targ, herbata i nadzieja. Tak wyglądała Syria przed wojną (REPORTAŻ)

Moją uwagę przykuła obecność muzułmanów, którzy wspólnie z chrześcijanami modlili się do Maryi, w islamie zajmującej szczególne miejsce – krótki reportaż Bernadetty Jarocińskiej.

Fot. Elżbieta Kaim

Joseph w latach siedemdziesiątych jako marynarz przypłynął na krótką chwilę do Gdańska. Ten polski akcent w jego życiu sprawił, że stał się jeszcze ciekawszy mnie, turystki z Polski. Kiedy na stałe zszedł na ląd, zamieszkał w klasztorze Mar Musa, położonym wysoko w górach, na Pustyni Syryjskiej. Wyglądał na spełnionego człowieka.

Jakby trudniejsze

Wyraźnie pamiętam jego otwartość i serdeczność wobec gości, dla których pobyt w klasztorze był zazwyczaj tylko krótkim przystankiem w podróży. W moim przypadku trwał on tydzień, może dzień, dwa dłużej. Wiele godzin rozmawialiśmy ze sobą, jednak na pytanie czemu wybrał to miejsce do życia – unikał odpowiedzi. Nie był bratem zakonnym, ani też pustelnikiem.

WARTO PRZECZYTAĆ: „Samotna podróż – lekarstwo dla duszy”

Moja nieznajomość arabskiego i jego łamany angielski nie były problemem w komunikacji. Błędy i niezrozumiane słów budziły w nas śmiech. Gdy jednak rozmowa schodziła na temat sytuacji politycznej i gospodarczej Syrii, mówienie po angielsku robiło się dla niego jakby trudniejsze. Skrótowo odpowiadał na pytania, mając w głosie zdumiewającą nadzieję. Nadzieję na pokój i wolność dla Syryjczyków.

Hamulec na fotosure

W gwarnym i tłocznym Aleppo zapamiętałam niekończący się zadaszony souq – targ, na którym można było schronić się od słońca. Zajmował wiele połączonych ze sobą uliczek, a na każdej sprzedawany był inny towar, od mydła i ubrań, po przyprawy czy wyroby ze srebra. Podstawowa znajomość cyfr w języku arabskim wystarczała, żeby się targować, więc moja torba po każdej takiej ucieczce w cień była pełna.

Na targu warzywnym spotkaliśmy Welcome’a – kierowcę taksówki, który obwiózł nas później po okolicy Aleppo. Na wszystko przytakiwał słowem „welcome”, stąd przydomek. Kolejnym jego ulubionym wyrażeniem było „fotosur’a” (zdjęcie). O ile na początku byliśmy zachwyceni, że wie, gdzie się zatrzymać, żeby zrobić dobre zdjęcie, tak po odwiedzeniu Kalat Saman, Martwych Miast i Apamei zamieraliśmy, słysząc kolejne „fotosura” i naciskany w samochodzie hamulec.

WARTO PRZECZYTAĆ: „Święty spokój, czyli 7 miejsc, w których znajdziesz ciszę”

Dbałość o klienta była jego priorytetem. Nawet wybór muzyki podczas jazdy oraz jej głośność konsultowana była z pasażerami. Pod koniec wycieczki Welcome zabrał nas do swojego domu na obrzeżach Aleppo. Był to skromny piętrowy budynek. Na parterze znajdował się salon z piecem opałowym na środku i dużą ilością małych dywanów, na których można było wygodnie usiąść. W domu czekała nie niego żona z dziećmi. Herbata z dużą ilością cukru umiliła czas dumnych opowieści o jego rodzinie i kraju, w którym żyje.

Rogalik z czekoladą

Pamiętam Damaszek, ten nieśmiertelny – tak o nim pisał Mark Twain. Na ulicy Souq Saroujah starszy pan w swojej małej rodzinnej piekarni pamiętał, które bułki lubimy najbardziej. Za każdym razem kiedy wracałam do Syrii, nie potrafiłam odmówić sobie ciepłego rogalika z czekoladą od Dziadka z Damaszku. Tuż obok, na ulicy Bahsa, był nasz hostel. Ali, który w nim pracował, rozkosznie interesował się, kim jesteśmy i każdą wolną chwilę chciał spędzić z nami.

Idąc kilka ulic dalej, zaraz przed dojściem do souq’u Al Hamadiyya, na poboczu ulicy siedział nastoletni niepełnosprawny chłopiec, najprawdopodobniej z porażeniem mózgowym. Miał na imię Sahir. Każdego dnia siedział w tym samym miejscu. Zmieniał się tylko jego ubiór i przedmioty, które trzymał na kolanach. Czasem były to chusteczki higieniczne, innym razem gumy do żucia – do wzięcia przez osoby, które dadzą mu jakiś grosz. Ktoś „wystawiał” go na ulicę, a przechodnie po jakimś czasie już nawet nie zwracali na niego uwagi, jakby na stałe wtopił się w jej krajobraz.

Fot. E. Kaim
Fot. B. Jarocińska
Fot. B. Jarocińska
Fot. E. Kaim
Fot. B. Jarocińska

Zobacz wszystkie zdjęcia

Syryjska Maryja

Spacerując po Damaszku doszliśmy na wzgórze Jabal Qassiun. Można z niego nie tylko podziwiać panoramę miasta, ale też jeszcze intensywniej usłyszeć nawoływania muezinów do modlitwy w niezliczonej ilości meczetów. Donośnie wygłaszane regularnie pięć razy dziennie – wieczorem przyjemne, przy wschodzie słońca często nieznośne. Niedaleko Damaszku znajduje się miejscowość Saydanaya, górskie miasteczko, wokół którego istnieje duża liczba kościołów i klasztorów, powstałych w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Jest tam również Sanktuarium Naszej Pani, prowadzone przez prawosławne mniszki.

Centrum dużego obiektu stanowi małe pomieszczenie, pełne wotów dziękczynnych, ikon i palących się świec. Modlące się mniszki skierowane były twarzą w stronę małych srebrnych drzwiczek. To za nimi znajduje się ikona Matki Bożej, namalowana przez św. Łukasza Ewangelistę. Tak podaje tradycja. Mniszki kiwały się rytmicznie, mówiąc coś pod nosem. Rotacja w pomieszczeniu była duża, weszliśmy tylko na krótką modlitwę. Moją uwagę przykuła obecność muzułmanów, którzy razem z chrześcijanami modlili się do Maryi, w islamie czczonej jako Matka proroka Jezusa.

Salam Alejkum

Syria nie jest krajem niejednolitym. Jednak bez względu na wyznanie, od każdej osoby po skończonej rozmowie można było usłyszeć podsumowujące wszystko Insz Allah (jeśli Bóg pozwoli), czy Nyszkur Allah (dzięki Bogu). Tymi zwrotami wyrażali wiarę w obecność Boga i Jego opiekę w każdym momencie. Dziś powtarzane często na powitanie Salam Alejkum (pokój z Tobą) jest dla Syrii najpiękniejszym życzeniem.

Uzbierane tygodnie

Spośród kilku krajów muzułmańskich, które odwiedziłam, Syria była pierwszym. Obudziła we mnie ciekawość poznania tej części świata. Cały kraj kipiał swoją bogatą historią, różnorodnością kulturową i religijną. Wystarczyło otworzyć oczy, uszy i czerpać. W ciągu trzech wyjazdów uzbierałam szczęśliwe pięć tygodni podróży po Syrii i choć byłam tam tylko przez chwilę, ostatni raz na kilka miesięcy przed wybuchem rewolucji, czuję się jeszcze bardziej odpowiedzialna za pomoc ofiarom wojny.

To ci sami ludzie, którzy wtedy otworzyli przede mną swoje serca i domy.

Trwająca od 2011 roku wojna domowa w Syrii, pochłonęła ponad 300 tys. ofiar śmiertelnych. Szacuje się, że około 11 milionów mieszkańców (około połowa ludności Syrii) opuściła swoje domy – blisko pięć milionów uciekło poza granice państwa, kolejne sześć przemieściło się w inne regiony kraju.

W ciągu najbliższych dwóch miesięcy pięcioro syryjskich dzieci przyjedzie do Krakowa. Wszystkie są ciężko ranne. Ich przyjazd organizuje Polska Miska Medyczna, a za pobyt i leczenie zapłaci miasto Kraków. Wszystkim, którzy zostali w Syrii, wciąż możesz pomóc za pośrednictwem PAH, Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej i Caritas.

 

Bernadetta Jarocińska
Bernadetta Jarocinska
Na co dzień prezes Fundacji MALAK. Ciekawa ludzi i świata. Wierna podróżom na Bliski Wschód.

Dodaj komentarz: