Kocham czy lubię? Jedno i drugie!

Kochasz swojego męża. To takie oczywiste, skoro z nim jesteś. Ale czy go lubisz?

Kilka dni temu wyprawiliśmy się z mężem w długo oczekiwaną podróż. Inną, niż te do tej pory, bo po raz pierwszy pojechaliśmy na dłużej i dalej z naszym małym synkiem. Ja z epoki B.C. („before child”) nie widziałabym w tym optymistycznej perspektywy.

Wyjazd z 11-miesięczniakiem za granicę? Same problemy! Zaczynając od podróży samolotem (jak przeżyć 3,5 godziny z krnąbrnym malcem na kolanach?!), poprzez aklimatyzację (amplituda temperatur ok. 20 st.) i szukanie pożywienia lepszego dla 6-zębnego ssaka niż hotelowe english breakfast aż po ograniczoną do minimum przestrzeń życiową (24h/dobę na kilkunastu metrach kw. – w domu przynajmniej śpi w swoim pokoju!).

Ale wiecie co? Wcale nie było źle!

Przede wszystkim dlatego, że w końcu przestałam walczyć z wiatrakami, usilnie próbując realizować moje ambitne plany od punktu A, przez wszystkie litery alfabetu aż do Z, starając się, by każdy element był perfekcyjny.

WARTO PRZECZYTAĆ: Matka to nie ofiara, a macierzyństwo to nie cierpiętnictwo.

Malec marudzi w samolocie? Nie on jeden! Niewielki apartament do podziału dla trójki? Małe przemeblowanie, wystawienie dziecięcego łóżeczka do przedpokoju i już jest kilka metrów tylko dla nas. Zamiast romantycznych wieczorów na plaży (blask księżyca i maślane spojrzenia w oczy) siedzenie w hotelu i to w ciszy, jak makiem zasiał, bo młody idzie spać o 19? Żaden problem – w końcu możemy nadrobić zaległości i nacieszyć się sobą (bez żadnych elektronicznych urządzeń w zasięgu ręki).

Ważne, że obok siebie. Razem

Jeszcze do niedawna czułam autentyczną panikę na samą myśl, że mam jechać z maleńkim dzidziusiem na jeden albo drugi koniec Polski i spędzić kilka dni w warunkach odbiegających od komfortowych domowych pieleszy.

Dziś potrafię wrzucić na luz w sytuacjach, których nie da się zawsze i do końca kontrolować (a takie z dzieciorexami są zawsze!). Zamiast tracić power na coś, na co nie mam wpływu, lepiej w ogóle się tym nie przejmować. A jeszcze lepiej – cieszyć się z tego, co jest. Banalne? Ale wprowadź to w życie! Mnie nauki pod czujnym okiem coraz bystrzejszego synka – mojego prawdziwego życiowego mistrza! – zajęły dobrych kilka miesięcy.

Już to pojęłam!

Dlatego kiedy przyjaciółka głodna wieści z wypadu zapytała mnie, czy mamy ze sobą elektroniczną nianię, najlepiej z dużym zasięgiem, żeby uciąć choć maleńki wypad na pobliską plażę tylko we dwoje (#wyrodnirodzice), rozpłakałam się. Ale nie z żalu, tylko ze śmiechu! Bo żadnej niani nie mieliśmy.

Wzięliśmy za to arcy-grube książki, które czytaliśmy leżąc obok siebie, co chwila o nich szeptem dyskutując. Kupiliśmy butelkę dobrego wina, świeczki i zamiast spędzać wieczory na plaży, urządzaliśmy sobie romantyczne randki… na balkonie. W odpowiedzi na pytanie mojej przyjaciółki wysłałam jej fotograficzną ilustracje jednego z takich wieczorów.

Miłość, papierosy, wino i… pieluchy

Trochę te pieluchy nie pasują do romantycznego zestawu? Na pierwszy rzut oka pewnie tak, bo jak to, to takie niepoważne! Szczeniackie! Rodzice powinni oddawać się wyłącznie swemu dziecku. PO-ŚWIĘ-CAĆ. Kto by tam myślał o sobie, swoich potrzebach, tęsknotach.

Błąd. Wielki błąd. Kiedy małżeństwo zapomni o tym, że poza rodzicami jest też parą, przede wszystkim parą, a najlepiej – parą zakochanych, to nie będzie dobrze. Łatwo wpaść w pułapkę, że skoro mamy dziecko, to swoje życie całkowicie podporządkowujemy jemu i zaspokajaniu jego potrzeb.

WARTO PRZECZYTAĆ: Bądź slow mamą! A ty i dziecko odetchniecie.

A przecież w pierwszej kolejności jesteśmy małżeństwem, a dopiero później rodzicami. Niektórym zdarza się o tym zapominać. W efekcie, kochają się, bo w końcu taką podjęli decyzję, bo ślub, bo dane słowo, bo wybór, ale… czy się lubią?

Bo my się serio lubimy!

Bez lubienia się, bez wspólnych pasji, bez tęsknoty, bez wspólnego czasu, bez małych i większych szaleństw, ale też i bez kłótni, małych i dużych, w związku zaczyna robić się duszno. Jesteśmy razem, bo się kochamy, ale to raczej takie trwanie przy sobie, ze względu na podjęte decyzje, zobowiązania, czasem ze względu na dzieci. Żeby serio kochać, trzeba lubić, i to mocno. Lubić, czyli czuć się dobrze w swoim towarzystwie, tęsknić za sobą.

I nie zniechęcać tym, że jest inaczej, że pojawia się dziecko, które dosłownie okrada nas z czasu. Oczywiście, co kilka dni któreś z nas z żalem westchnie, że kiedyś to… – tu występuje długa litania szaleństw, które robiliśmy w epoce B.C., a które chwilowo zostały zawieszone. Ale zawieszone wyłącznie ze względów logistycznych i z pewnością do nich wrócimy.

Dlaczego? Bo my się naprawdę lubimy!

Marta Brzezińska-Waleszczyk
Marta Brzezińska
Redaktor Aleteia Polska, dziennikarka, publicystka, autorka książek. Współpracowała z "Rzeczpospolitą", Frondą, Wp.pl, Natemat.pl oraz Deon.pl. Pisuje w "Przewodniku Katolickim".

Dodaj komentarz: