Kardynał

Wrażliwość na innych stała się znakiem jego obecności w Kościele – kardynała Franciszka Macharskiego, byłego metropolitę krakowskiego – wspomina Marta Szostkiewicz.

Kardynał Franciszek Macharski (1927-2016).   Fot. Anna Kaczmarz |Dziennik Polski | Reporter

Chodził szybko. W czarnej zwykłej sutannie. Na Plantach w pierwszej chwili można go było wziąć za zwykłego księdza, spieszącego się na mszę do wawelskiej katedry. Ale nie. Krakowianie bezbłędnie rozpoznawali szczupłą, wysoką sylwetkę Kardynała. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus – co chwilę ktoś się z Nim witał, czasem podchodził, by zamienić kilka słów. Z każdym rozmawiał, do każdego się uśmiechał. I biegł dalej. Czasem jeździł samochodem. Nie, nie żadną limuzyną.

Na długo przed erą papieża Franciszka podróżował polonezem Atu, symbolem tandety i obciachu w rozbuchanych latach 90., i nawet w tym skromnym autku go rozpoznawano.

Kiedyś widziałam zakonnicę, która przyklęknęła na pasach przed samochodem Kardynała. Musiałam ostro hamować, by nie doszło do wypadku. Kardynał odwrócił się ze śmiechem i bezradnie rozłożył ręce.

Kiedy po konklawe w 1978 r. krakowski metropolita Karol Wojtyła został już na zawsze w Watykanie jako Jan Paweł II, ruszyła giełda nazwisk, kto zostanie jego następcą. Wybór przyjęto pod Wawelem raczej z zaskoczeniem.

Ksiądz Franciszek Macharski nie był nawet biskupem, a jedynie rektorem krakowskiego seminarium. W pierwszych miesiącach po ingresie wydawał się nawet trochę zagubiony. To nie było łatwe zostać biskupem Krakowa, następcą nie tylko uwielbianego papieża, ale też kardynała Adama Stefana Sapiehy, postaci w Krakowie legendarnej.

Podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski w 1979 r. jeszcze trochę próbował swego poprzednika naśladować.

Potrzebował czasu, by odnaleźć swój własny sposób na bycie krakowskim metropolitą. Szybko zorientował się, że najlepiej być po prostu sobą.

Tym bardziej, że czasy nie były spokojne, przyszły pierwsze wyzwania. Szalone miesiące pierwszej „Solidarności” i dramatyczne miesiące stanu wojennego. Od pierwszych dni w Kurii Metropolitalnej przy ul. Franciszkańskiej pod patronatem kardynała działał „Komitet Pomocy Internowanym i Uwięzionym”. To tam bliscy represjonowanych szukali informacji, pomocy i przede wszystkim dobrego słowa. Nikogo nie pytano o kartkę od spowiedzi czy zaświadczenie o sakramentalnym związku. W wypełnionych paczkami „z Zachodu” ciemnych kurialnych magazynach spotykali się też solidarnościowi konspiratorzy. Nie wiem czy wiedziała o tym bezpieka, ale Kardynał z pewnością. Nie protestował.

Nie pamiętam jednak, by kiedykolwiek bezpośrednio angażował się w politykę. Choć wielu przychodziło nie tylko po radę, ale też po poparcie. Szczególnie po przełomie 89 roku, kiedy rodząca się klasa polityczna szybko odkryła, że głos z ambony może przełożyć się na głos przy urnie.

Kardynał Macharski starał się trzymać z daleka od kolejnych odsłon „wojen na górze”. Wiedział, że partie, wyborcze koalicje i ich walki przeminą, a powierzony mu krakowski Kościół będzie trwał.

Choć sam nie szukał konfliktów, znalazł się w samym centrum jednego z najbardziej dramatycznych sporów w polskim Kościele w końcu XX wieku. I wobec może najtrudniejszego doświadczenia swojej duszpasterskiej posługi. Konflikt wokół karmelitańskiego klasztoru na terenie byłego obozu w Auschwitz narastał od 1984 r., kiedy kilka sióstr zamieszkało w budynku tzw. Starego Teatru w bezpośrednim sąsiedztwie obozu. Przeciw obecności katolickich zakonnic w miejscu naznaczonym śmiercią i cierpieniem setek tysięcy ofiar Holokaustu zaczęły protestować środowiska żydowskie. Ich argumenty, że teren obozu powinien być wolny od stałych symboli jakiejkolwiek religii podzielało też wielu katolików. Przede wszystkim na zachodzie Europy, ale też w sąsiadującej z pałacem kardynała redakcji „Tygodnika Powszechnego”.

Spór o Karmel, a potem konflikt z fundamentalistycznymi katolikami, którzy, eskalując napięcie, ustawili na terenie obozu Auschwitz setki krzyży, to były dla Kardynała Macharskiego trudne wyzwania. Atakowano Go z każdej strony. Dla jednych ulegał presji żydowskich bankierów i wrogów Polski i Kościoła, dla innych zbyt enigmatycznie i za mało stanowczo wypowiadał się przeciw zawłaszczaniu dramatu Shoah.

Ciągnący się przez ponad 10 lat konflikt przeciął wreszcie Watykan. Karmelitanki wyprowadziły się do nowego klasztoru, z tzw. żwirowiska zniknęły krzyże. Myślę jednak, że kardynał Macharski jeszcze bardzo długo rozważał swoje słowa i działania z tamtego gorącego okresu. Szczególnie surową decyzje wobec ks. Stanisława Musiała, gorącego orędownika przeprowadzki klasztoru z terenu obozu, któremu w najbardziej gorącej fazie konfliktu nakazał publiczne milczenie. Kiedy później w rozmowach wracał do postaci nieżyjącego już księdza Musiała, miałam wrażenie, że nie był do końca pewny czy wtedy postąpił słusznie. Było w tym zastanawianiu się, w tych czasem mimochodem wypowiadanych zdaniach, coś niezwykle poruszającego.

Po wielu latach od tych dramatycznych sporów, emerytowany Kardynał zastanawiał się nie nad ideami, nie nad tym, kto miał rację, a nad relacją z drugim człowiekiem, może o odmiennej wrażliwości, ale szukającym dobra.

Myślę, że to właśnie wrażliwość na innych stała się najwymowniejszym znakiem Jego obecności w Kościele. Widziałam tę wrażliwość, kiedy bawił się z dziećmi w prowadzonym przez zakonnice przedszkolu, do którego chodziła moja młodsza córka. Na prośbę dzieci bez zniecierpliwienia nakręcał mechanizm kicającego pluszowego zajączka. I za każdym razem, kiedy zajączek ruszał do przodu, cieszył się z dziećmi. Z taką samą uważną wrażliwością bawił się z dziećmi w szpitalu dziecięcym w Prokocimiu. Chore, często bardzo chore dzieci nie widziały w nim kościelnego dostojnika, tylko uśmiechniętego pana, który przychodził specjalnie do nich i cieszył się z tych spotkań tak samo jak one.

Tę wrażliwość okazywał również chorym w krakowskiej Klinice Hematologii Collegium Medicum. Przychodził tam co roku na spotkania z ozdrowieńcami po przeszczepach szpiku kostnego. Chodził też tam, gdzie najtrudniej dawać świadectwo nadziei – do hospicjów, domów starców. Siadał przy umierających, przy cierpiących, przy złamanych bólem i perspektywą śmierci. Wiedział jak to jest, sam przeszedł przed laty ciężką onkologiczną operację. Liczył się wtedy z każdym scenariuszem. Wbrew statystkom wyzdrowiał, ale to doświadczenie pozwoliło mu być z chorymi i ich rodzinami naprawdę blisko.

On chciał być wśród swoich diecezjan zawsze kiedy potrzebowali. Był z nami także w tamten kwietniowy wieczór, kiedy w Watykanie umierał Jan Paweł II. Pod krakowskim pałacem arcybiskupów młodzi i starzy, mniej lub bardziej gorliwi w wierze, profesorowie i studenci, kibice skłóconych na co dzień piłkarskich klubów, mieszkańcy Starego Miasta i robotniczej Nowej Huty stali, klęczeli, płakali, odmawiali różaniec. Niektórzy wpatrywali się w słynne papieskie okno, choć już bez nadziei, że zdarzy się cud i pojawi się w nim jeszcze raz „nasz papież”. I wtedy z bramy kurii wyszedł kardynał, jak zawsze w zwykłej czarnej sutannie. Uklęknął na chodniku, obok swoich wiernych.

Nie rozdawał łatwego pocieszenia, nie oczekiwał zainteresowania swoją osobą. Po prostu był.

Niedługo po pogrzebie Jana Pawła przeszedł na emeryturę. Zamieszkał w domu sióstr Albertynek „Ecce Homo”, z dala od centrum Krakowa. Przez pierwsze lata jeszcze bywał na wielu świeckich i kościelnych uroczystościach, zawsze entuzjastycznie witany. Z jednej strony chyba trochę go to peszyło, ale też cieszyło, że krakowianie o nim pamiętają. Od kilku lat, kiedy po upadku przechodził długą rekonwalescencję, coraz rzadziej można go było spotkać publicznie. Ale wiedzieliśmy, że gdzieś za ceglanym murem, który oddziela klasztor od ruchliwej wylotówki na Warszawę jest i na pewno myśli o nas. O wszystkich, których spotkał w ciągu swego długiego krakowskiego życia jako uczeń krakowskich szkół, kleryk w seminarium, ksiądz w parafii, profesor w seminarium, biskup, kardynał, metropolita, wreszcie emeryt. Wierzę, że nadal będzie czuwał nad nami, nad swoim miastem i swoim Kościołem. I że na niebieskich Plantach czekają już na niego ci krakowianie, którzy wyszli wcześniej na wieczny spacer.

Marta Szostkiewicz
Marta Szostkiewicz
Dziennikarka. Matka dwóch córek, babcia jednej wnuczki. Przez wiele lat pracowała w publicznym Radiu Kraków. Publikowała w "Tygodniku Powszechnym" i tygodniku “Polityka". Mieszka w Krakowie.

Dodaj komentarz: