Jak radzę sobie z atakami lęku i odzyskuję kontrolę nad swoim życiem

Lękliwa od urodzenia, dobrze znałam uczucie strachu i paniki. Ale te ataki – to był całkiem nowy poziom gry. Spędziłam lata w strachu przed nimi. Aż zrozumiałam, że muszę zacząć inaczej o nich myśleć.

Fot. Unsplash

Pierwszy atak paniki przeżyłam w wieku 12 lat. Spociły mi się ręce, serce galopowało, cała się trzęsłam, miałam wrażenie, że świat wokół mnie rozjeżdża się na boki – i nie miałam pojęcia, co się ze mną dzieje. Wiedziałam tylko, że straciłam kontrolę nad własnym ciałem. Po prostu groza. Potem wizyty u lekarzy, niezliczone badania i diagnoza. Ulga, że w sensie medycznym nic złego się nie dzieje, ale i lęk, że to znów się powtórzy. Oczywiście, powtórzyło się. Wiele razy.

WARTO PRZECZYTAĆ: Lęki z przeszłości… Zrozum je i nazwij, a pozwolą ci kochać

Dorastałam i zaczęłam to sobie układać w głowie. Te „zdarzenia” nie pojawiały się ot, tak. Zawsze był wyzwalacz – czynnik emocjonalny. Każdy incydent poprzedzało uczucie obezwładniającego lęku lub zdenerwowania. Ból w boku był dla mnie objawem zapalenia wyrostka, turbulencje w samolocie oznaczały nieuchronną katastrofę, i tak dalej.

Lękliwa od urodzenia, dobrze znałam uczucie strachu i paniki. Ale te ataki – to był całkiem nowy poziom gry.

Spędziłam lata w strachu przed nimi. Bałam się nocować u przyjaciółek, jeździć na wycieczki czy w ogóle oddalać się od domu. Przestałam latać samolotami, używać wind, rezygnowałam z wyjazdów służbowych.

Pewnej pięknej soboty, kiedy powiedziałam moim synom, że nie pójdę z nimi do parku, postanowiłam, że to koniec, że nie będę już dłużej żyła w strachu. Zdecydowałam, że czas zacząć działać.

Psychiatra potwierdził w końcu to, co od dawna podejrzewałam: cierpiałam na lęk napadowy. Zapisał mi dwa rodzaje lekarstw i skierował na terapię behawioralną.

Choć zarówno leki, jak i terapia pomogły mi w wielu dziedzinach życia, nie zdziałały wiele, jeśli chodzi o skalę i częstotliwość moich ataków – przynajmniej nie tak, jak chciałam. Życiowe wyzwania sprawiły, że znalazłam się w punkcie, w którym wszystko zaczęło dziać się na odwrót: tonęłam. Czasami bałam się nawet wychodzić z domu – trzęsłam się na samą myśl o tym. Zbierałam się w końcu na odwagę, ale to nie było życie dla pracującej na pełen etat matki dwojga dzieci. Paraliżował mnie lęk przez znalezieniem się poza bezpieczną strefą własnego domu.

WARTO PRZECZYTAĆ: Czy modlitwa uzdrawia i jak naprawdę to działa

Pewnego sobotniego poranka moi synowie poprosili, żebym zabrała ich do parku. Przerażona, odmówiłam i powiedziałam, że boli mnie brzuch. Posadziłam ich przed telewizorem, w nadziei, że to im wystarczy.

Leżałam na kanapie, przyglądając się, jak patrzą w telewizor. Co ja wyprawiam? Czym się stałam? Moi dwaj aktywni synowie chcieli spędzić piękny, sobotni ranek w parku ze swoją mamą, a ja reaguję w ten sposób? Dlatego, że boję się ataku paniki?

Tego dnia zdecydowałam, że nie będę już dłużej żyła w strachu. Zdecydowałam, że czas zacząć działać.

Postanowiłam dowiedzieć się wszystkiego o lęku napadowym. Sądziłam, że gdy rozłożę całą rzecz na czynniki pierwsze, będę w stanie zapanować nad tym, co się ze mną dzieje.

Kiedy poznawałam anatomię lęku napadowego i zaczęłam rozumieć, co kryje się za moimi atakami, coś się we mnie zmieniło. Przesunął się mój punkt widzenia, doznałam szeregu olśnień. Zasady gry zaczęły się zmieniać.

Zmiana 1 — Moje ataki paniki przychodzą mi z pomocą

Nie, to nie pomyłka. Wszystko sprowadza się do reakcji „walcz lub wiej” – wewnętrznego procesu, który przygotowuje nasze ciało na dostrzeżone niebezpieczeństwo. Innymi słowy, w ten sposób nasz mózg stara się nas ochronić.

Kiedy zaczęłam rozumieć to pojęcie, uświadomiłam sobie, że mój potwór lęku nie jest moim wrogiem. W ogóle nie jest potworem. Nie chce mnie zabić. To po prostu działanie ochronne mojego mózgu, który myśli, że właśnie mi pomaga.

„Lęk napadowy to naturalna reakcja somatyczna, która pojawia się bez uzasadnienia” – ta opinia psychologa Thomasa A. Richardsa z Social Anxiety Institute naprawdę do mnie przemawia.

Zmiana 2 —To część mnie. Akceptuję ją

Spędziłam wiele lat nie tylko w strachu przed wielką złą bestią, chciałam ją też pokonać. Za każdym razem, kiedy miałam atak, obiecywałam sobie, że więcej się to nie powtórzy.

Za każdym razem miał to być OSTATNI RAZ! Będę z tym walczyć ze wszystkich sił!

I znów, niezawodnie, nadchodził następny raz. Uczucie porażki, rozczarowania i klęski zjadało mnie żywcem.

Jak mogłam znów się poddać?

Ale dowiadując się o sobie coraz więcej, zrozumiałam, że to samoponiżające zachowanie jest nieprawdopodobnie destrukcyjne i nieskuteczne. Spróbowałam innego podejścia: zamiast inwestować tyle emocjonalnej energii w obronę przed atakami, przyjmowałam to, co się działo, jako nieodłączną część siebie samej. Zdecydowałam, że przyjmę to i pokocham mimo wszystko. I zaprzyjaźnię się z tym.

Akceptując to „coś” jako część układanki, która czyni mnie – mną, przyjmując to z otwartymi ramionami, mogę żyć ze sobą w zgodzie.

Kiedy przestałam toczyć tę jałową walką z czymś, co we mnie mieszka, ciężar stał się lżejszy.

Zmiana 3—Nie jestem zagrożona

Atak paniki ma moc przekonania cię, że jesteś w wielkim niebezpieczeństwie – ale tylko tyle. „Podczas ataku z twoim ciałem dzieje się to samo, co wtedy, gdy rzeczywiście jesteś zagrożona”, mówi Richards. „Różnica oczywiście polega na tym, że choć czujesz niebezpieczeństwo, naprawdę nic ci nie grozi”.

Faktem jest, że choć uczucie zagrożenia jest realne, prawdziwego niebezpieczeństwa nie ma. To było dla mnie wielkie odkrycie, mogłam pozwolić, żeby to się działo, a jednak nie bać się śmierci. Ta myśl działa na mnie uspokajająco: w czasie ataku mam o jedno zmartwienie mniej.

Dziś, kiedy czuję nadchodzący atak, po prostu kładę się i czekam. Mówię sobie, że to, co czuję, jest w porządku; że przejdzie. Daję sobie pozwolenie na lęk i pamiętam, że to tylko prosty mechanizm obronny. I oddycham.

Nie złoszczę się na siebie. Nie naciskam. Pozwalam, żeby to się wydarzyło.

Kiedy udaje mi się odeprzeć atak, cieszę się swoim osiągnięciem i poklepuję się po ramieniu. „Dobra robota”, mówię sobie. Kiedy się nie uda, zbieram się, otrzepuję, staram się nadal kochać siebie samą i żyć dalej. Nie nurzam się w żalu i wstydzie, nie patrzę w przyszłość z lękiem. Po prostu żyję. Tak czy owak – robię postępy.

Ciągle biorę leki, chodzę na terapię i zawsze będę miała skłonność do napadów lęku. Jestem – i zawsze będę – w trakcie pracy. Ale odczarowując swoje pojmowanie tego, co naznaczyło większość mojego życia, akceptując to i mimo wszystko kochając sama siebie, byłam w stanie ograniczyć władzę tych ataków nade mną i przejąć kontrolę. Choć każdy walczy po swojemu, ta metoda sprawdziła się u mnie.

Teraz, kiedy dzieci o coś mnie proszą, mogę im dać swoją niepodzielną uwagę – wolną i bez lęku.

Stephanie Young
Stephanie Young
Konsultantka w dziedzinie komunikacji, pisarka i mama dwóch niesfornych chłopców. Jest autorką ebooka "Jak jeść zdrowo bez wysiłku- przewodnik dobrego odżywiania", regularnie publikuje online na temat zdrowia, odżywiania, rodzicielstwa i związków. Jej teksty można znaleźć w popularnej antologii "Po prostu chcę być sama".

Dodaj komentarz: