Jak być gościnną, czyli kto pije tylko earl greya?

Wspaniały deser, lśniąca kuchnia i efektowny wystrój to atuty gościnnego domu, ale przyjaciele przychodzą do nas przede wszystkim, żeby się spotkać, pogadać, nacieszyć sobą nawzajem, nawet jeśli tarta się nie udała.

Dla Anny jedna łyżeczka, dla Ewy chyba dwie... Fot. Vera Lair | Stocksy United

Po pięciu latach małżeństwa – i zbyt wielkiej ilości problemów z właścicielami trzech wynajmowanych mieszkań – kupiliśmy z mężem nasz pierwszy dom. Choć niewielki i skromny, dla nas był prawdziwą willą, ponieważ wcześniej musieliśmy się gnieździć w małych i zagraconych pokojach. W jedną ze śnieżnych sobót wraz z dwójką małych dzieci oraz dwoma psami wreszcie się do niego wprowadziliśmy. Od razu zaczęłam wielkie planowanie. Nie mogłam się doczekać, żeby wykończyć podłogi, pomalować ściany i zasadzić kwiaty w ogrodzie. W końcu miałam miejsce, które mogłam urządzić dokładnie tak jak tego chciałam i w którym wreszcie mogłam być panią domu z prawdziwego zdarzenia, zawsze gotową, aby ciepło witać przyjaciół i sąsiadów.

Jak tylko zadomowiliśmy się, zaczęłam ich zapraszać na obiady w ciągu tygodnia i na kolacje w weekendy. Szybko jednak odkryłam, że nie cieszy mnie to tak, jak się tego spodziewałam. Przed przyjazdem gości stresowałam się najmniejszymi szczegółami. Kubki do kawy do siebie nie pasowały, obrazy na ścianach nie były wystarczająco „artystyczne”, szafki, które dawno mieliśmy wymienić, wciąż stoją i psują wystrój… Mój nowy dom, który wcześniej był dla mnie prawdziwym błogosławieństwem, stał się teraz powodem do wstydu. Co, jeżeli moi przyjaciele źle o mnie pomyślą, ponieważ moje meble są stare i pobrudzone? Czy wezmą mnie za złą gospodynię z powodu smug na przyrządach kuchennych? Zamiast skupić się na witaniu gości, całą uwagę koncentrowałam na dążeniu do perfekcji, co dotyczyło bardziej mnie samej niż samopoczucia gości.

Od kiedy gościnność to spienianie mleka kokosowego do dietetycznego deseru, a nie próba nawiązania więzi z innymi?

Przed pojawieniem się Internetu i lifestyle’owych blogów nie porównywaliśmy się do tak wielkiej ilości osób. Ograniczaliśmy się do sąsiadów i innych ludzi, z którymi mieliśmy jakikolwiek kontakt. Szybko orientowaliśmy się wtedy, że nie są oni idealni, ponieważ widzieliśmy, jak wynoszą śmieci w szlafrokach albo słyszeliśmy awantury ich dzieci. Teraz jesteśmy zalewani przez zdjęcia idealnych domów urządzonych przez najwybitniejszych projektantów. W Internecie nikt nie widzi twojego stosu brudnych ubrań czy też zawalonego naczyniami zlewu. Dom stał się miernikiem statusu społecznego i dowodem umiejętności projektanta. Nie jest to już miejsce, do którego po prostu zapraszamy przyjaciela na kubek kawy i pogawędkę. Od kiedy gościnność to ciągłe dbanie o dobre wyeksponowanie rysunków dziecka i pienienie mleka kokosowego do dietetycznego deseru, a nie próba nawiązania więzi z innymi?

Imponowanie innym to nie gościnność

Oczywiście nie ma nic złego w dbaniu o wygląd naszego domu. Wystrój jest ważny i wszyscy chcemy czuć się w naszych domach przytulnie. Powinien on jednak odzwierciedlać prawdę o nas. Wszyscy dobrze wiemy jak satysfakcjonujące jest posiadanie czystego domu, rozpalonego kominka czy czekającego na nas w piekarniku smacznego posiłku. Należy jednak pamiętać, że atmosfery gościnności nie stworzą tylko własnoręcznie zrobione dekoracje i inne dodatki, ale przede wszystkim nasze nastawienie względem gości. Prawdziwa gościnność to nie ciągłe próby udowodnienia sobie czegokolwiek, ale zwrócenie uwagi na potrzeby naszych przyjaciół.

Jedno z moich najważniejszych wspomnień na temat gościnności nie miało nic wspólnego z wystrojem domu. Gdy byłam na studiach i podróżowałam z naszym chórem, nocowałam u pary, która wychowywała szóstkę dzieci w trzypokojowym domu. Choć ich dom pękał w szwach, zgodzili się przenocować trzy zupełnie im nieznane dziewczyny. Nie był to wieczór, o jakim można przeczytać w magazynach – dzieci był hałaśliwe, na kolacje jedliśmy najzwyklejsze spaghetti, a blaty w ich kuchni nie były nieskazitelnie czyste. Nasi gospodarze nie przejmowali się tym jednak, za to ich dzieci wsuwały spaghetti, zadawały nam wiele pytań i było wesoło.

Już nawet nie pamiętam jak wyglądał ich dom. Pamiętam natomiast doskonale, jak gościnnie zostaliśmy przez nich przyjęci. To było niesamowite uczucie, kiedy jako młoda studentka, zmęczona po sesji egzaminacyjnej i podróżowaniu, zostałam zaproszona do ich domu. Na chwilę stałam się częścią ich życia. Wydawali się zdawać sobie sprawę, że właśnie tego wtedy potrzebowałam i szczodrze mi to zaoferowali. Nigdy im tego nie zapomnę.

Pani domu także ma prawo do odpoczynku

Kiedy myślę o mojej nieidealnej gościnności, przypomina mi się przypowieść o Marii i Marcie opisana w Ewangelii według św. Łukasza. Marta zyskała w Biblii złą reputację, ponieważ cały czas krzątała się i zamartwiała niepotrzebnymi szczegółami. Naturalnie starała się, aby wszystko było idealne. W końcu miał ją odwiedzić Pan – mogę sobie tylko wyobrazić, jak sama stresowałabym się dopasowywaniem serwetek i czyszczeniem blatów kuchennych, gdyby sam Jezus miał się zjawić na kolację! Druga z sióstr, Maria, była pozbawiona pragnienia dążenia do perfekcji. Jezus podarował jej możliwość odpoczynku i przypomniał, że poświęcone mu czas i przyjaźń są ważnymi aspektami gościnności. Marta na pewno była sfrustrowana niedogotowaną potrawą lub stosem naczyń w zlewie, ale na szczęście Marię to nie obchodziło. Zależało jej jedynie na spędzeniu czasu z Jezusem.

Sekretem prawdziwej gościnności jest zadbanie o potrzeby naszych przyjaciół.

Bardzo często zdarza się, że zachowuję się jak Marta, martwiąc się o głupoty, których moi znajomi nawet nie zauważą. Widok przepełnionego kosza na śmieci, brudnych krzeseł czy rozsypanych zabawek nie poruszy moich najbliższych przyjaciół. Nie przychodzą, aby podziwiać mój dom, ale aby wspólnie spędzić czas. Sekretem prawdziwej gościnności jest dbanie o potrzeby naszych gości. Może to oznaczać zarówno zapamiętanie, że jedyną herbatą, jaką piją, jest Earl Grey, jak i zaoferowanie im swojego ramienia, gdy potrzebują się wypłakać. Czasami wystarczy podzielenie się najnowszym odkryciem – choćby wina, które powinno im smakować. Gościnność to pogłębianie przyjaźni przy obiedzie czy filiżance kawy. To coś czystego, szczerego i prawdziwego. Naczynia i zasłony są drugorzędne.

Wdzięczność i szczodrość gospodarzy czyni dom gościnnym

Staję się lepszą panią domu, chociaż daleko mi do ideału, jeżeli chodzi o maniery czy hojność. Powoli jednak uczę się, że goście nie będą pamiętać o rozrzuconej przez moje jednoroczne dziecko psiej karmie czy też o pozostawionych przez trzylatka śladach po farbkach. Smakowita tarta i piękne dekoracje mogą dodać domowi uroku, ale to nasze nastawienie do przyjaciół zostanie zapamiętane na dłużej. Powinniśmy być szczodrzy, dzielić się tym, co mamy i być wdzięczni za istnienie dobrych ludzi w naszym życiu.

Mam w sobie coś zarówno z Marii, jak i Marty. Często jak Marta skupiam się na niewłaściwych rzeczach. Z drugiej strony, jak Maria pragnę stworzyć prawdziwe więzi między ludźmi. Takie więzi na pewno nie powstaną, gdy na siłę będziemy próbować odtworzyć w swoim domu ideał ze zdjęć zamieszczanych na portalu Pinterest. Trwałe więzi powstają ze wspólnych doświadczeń, a nie poprzez ciągłe próby imponowania innym. Prawdziwa wspólnota tworzy się wtedy, gdy wieczorami rozmawiamy o pracy, uczuciach i zebraniach w szkole, wspólnie przy kawie narzekamy na dzieci, wspólnie śmiejemy się i płaczemy. Gościnność to nie wystrój domu. Jestem gotowa przypominać sobie o tym za każdym razem, gdy ktoś zapuka do moich drzwi.

Ashley Jonkman
Ashley Jonkman
Dziennikara i pisarka. Mieszka w Albuquerque, w Nowym Meksyku. Z mężem, dwoma synami i bardzo niesfornymi psami.

Dodaj komentarz: