Gość w dom… Nasze życie z singielką

Zamieszkanie z moją przyjaciółką-singielką nauczyło mnie (i moją rodzinę) wielu rzeczy na temat przyjaźni i niespodziewanie stało się dla nas dobrodziejstwem.

Dzieląc mieszkanie z przyjaciółką singielką

Kiedy Leigh – moja przyjaciółka z dalekich stron, która właśnie przeniosła się do miasta – zamieszkała z nami, miało to potrwać dwa miesiące: przez miesiąc miała pilnować kota, podczas gdy spędzaliśmy dużo czasu u dziadków, a przez kolejny – poszukiwać własnego lokum. Dziś, prawie rok później, kot Ezra (którego przedtem karmiła z obowiązku) spędza pół nocy u niej, a pół w naszym małżeńskim pokoju.

Początkowo wynikało to z konieczności: mieszkania w San Francisco są niewiarygodnie drogie. Obserwując poszukiwania Leigh, zrozumieliśmy, że: 36-letniej kobiecie trudno jest a) zarobić tyle, żeby wystarczyło na własne mieszkanie, nawet kawalerkę, b) zdecydować się na dzielenie małego lokum z przypadkową osobą, szukającą współlokatorki przez internet. Zaproponowaliśmy więc mojej przyjaciółce, żeby została z nami przez rok.

Przeczytaj także: Dzień kiedy wygrałam na loterii

Oczywiście, wymagało to poświęceń. Mój synek Ace spał ze mną w pokoju znacznie dłużej niż planowałam: miesiąc temu skończył roczek. Z jego starszymi braćmi to by nie przeszło, w jego wieku byli o wiele bardziej rozbrykani, ale na szczęście Ace jest spokojny.

To, że dzielił ze mną pokój, zmusiło mnie do uporządkowania wszystkich jego rzeczy i całego ekwipunku, którego – jak sądziłam wcześniej – może potrzebować dziecko. Okazuje się, że nie trzeba mieć pokoiku z tapetą w granatowe pasy, jak ze zdjęć na Pintereście, z dopasowanymi tkaninami w słoniki. Dziecko nie potrzebuje półki na zabawki, kupionej w Pottery Barn. Duży kosz wiklinowy w kącie pokoju wystarczy w zupełności.

Uprościliśmy wszystko i skupiamy się na tym, co najważniejsze. A prostota jest dobra dla duszy.

Naturalnie, dla Leigh to też nie była bułka z masłem. Nie tylko dzieli łazienkę z moimi synami (siedem i pięć lat), którzy – bądźmy szczerzy – nie zawsze trafiają do toalety, ale także mieszka z nimi przez ścianę. Kiedy budzą się o 6:30, nieważne czy ma wolny dzień czy nie – słyszy ich głosy przez kratkę wentylacyjną, jak budzik, którego nie da się wyłączyć.

W ciągu dnia Leigh też niekoniecznie może prowadzić typowe życie singielki. Nie może na przykład tak sobie zdecydować, że ma ochotę na wymyślne śniadanie… Bo – chociaż Leigh uwielbia gotować – nasza kuchnia to dom wariatów. Zawsze w niej siedzę, robię przekąski, posiłki, zmywam. Wyobrażam sobie, że Leigh rozkoszuje się każdą chwilą, kiedy nie ma nas w domu, wtedy może robić różne wspaniałe rzeczy dla dorosłych i nie przejmować się, że ktoś jej wpadnie pod nogi, żeby pokroić jabłko dla jęczącego dziecka.

Mimo to po paru miesiącach wspólnego mieszkania zdecydowaliśmy, że na jakiś czas tak zostanie. Wszyscy – mój mąż, Leigh i ja – byliśmy przekonani: to dobry eksperyment. Doszliśmy do wniosku, że to zaskakujące, jak dobrze jest mieszkać z Leigh. Ten nieoczekiwany dar wzbogacił nasze życie i nauczył nas kilku ważnych rzeczy.

Oto, czego się dowiedzieliśmy i doświadczyliśmy, dzieląc dach nad głową z przyjaciółką-singielką.

Nie doceniałam przywileju bycia mężatką

Zanim Leigh zamieszkała z nami, myślałam, że dobrze rozumiem zarówno radości, jak i wyzwania, płynące z bycia bezdzietną singielką. Ale okazało się, że nie wiedziałam, jak wiele korzyści płynie z życia w rodzinie.

Mieszkanie z Leigh pomogło mi zatrzymać się na chwilę, docenić męża i to, co robimy dla siebie nawzajem.

Zostawmy na razie na boku radość i ból romantycznej miłości: możliwość dzielenia domowych rachunków z osobą, której (zwykle) leży na sercu twoje dobro, to rzecz niebagatelna. Rzeczą niebagatelną jest mieć kogoś, z kim można zjeść wieczorny posiłek, kogoś, kto co wieczór wysłucha opowieści o tym, jak ci minął dzień, kogoś, kto zawiezie twój samochód do naprawy albo po drodze do domu załatwi jakąś twoją sprawę. Masz partnera, który pomaga ci ciągnąć wózek.

Kościół nie zawsze jest bezpiecznym miejscem dla samotnych

Leigh i ja jesteśmy w tym samym wieku, różni nas tylko stan cywilny. Wyszłam za mąż mając dwadzieścia parę lat, urodziłam dzieci i wiodłam typowy żywot trzydziestolatki, a ona radziła sobie, nie będąc typową mamą po trzydziestce. To dziwne, że jednym z miejsc, gdzie te różnice najbardziej dały się zauważyć, był kościół. Zorientowała się, że w kościele potrzeby rodzin są ważniejsze niż potrzeby singli.

Single mogą czuć się niewidzialni w miejscu, w którym najbardziej chcą być dostrzegani.

Ale taka jest prawda: o ile potrzeby rodzin są oczywiste, te najprawdziwsze potrzeby singli przechodzą niezauważone. Ludzie samotni żyją na własną rękę, próbując zbudować własne sieci wsparcia, często w nadziei, że kościół będzie dla nich taką wspólnotą. Ale z ambony chyba rzadko to słychać, kazania dotyczą raczej małżeństwa i życia w rodzinie.

Przeczytaj także: Bakterie przyczyna choroby psychicznej? Historia pewnej rodziny.

Kiedy kościoły organizują coś dla singli, często są to niezręczne spotkania „w poszukiwaniu małżonka”, nieco protekcjonalne, traktujące samotnych jak mniej dojrzałą część wspólnoty. Single mogą czuć się niewidzialni w miejscu, w którym najbardziej chcą być dostrzegani. Dzięki Leigh zobaczyłam to wyraźniej. Zrozumiałam, jak to jest stać na bocznej linii. A czasem doświadczać niezrozumienia tylko dlatego, że twój rozmówca nie jest singlem.

Często myliłam bycie singlem z byciem młodym

Jako umęczona matka trójki dzieci, często zazdrościłam samotnym kobietom, które mają mnóstwo czasu na czytanie, które mogą co wieczór wyjść gdzieś z przyjaciółmi. Wiem, że to nie fair, ale tak myślałam. Obecność Leigh pozwoliła mi zrozumieć: bycie singlem niekoniecznie oznacza, że ktoś zachowuje się jak dwudziestolatek o niespożytych pokładach energii, jak sobie to wcześniej wyobrażałam. Po pracy Leigh też wraca zmęczona. I też chce odpocząć.

Już zrobiła to, co robią dwudziestolatki. Teraz, tak samo jak ja, zachowuje się jak kobieta trzydziestoletnia. Żyje wolniej, podąża za tym, co lubi, we własnym, dorosłym tempie. Trzydzieści sześć lat to trzydzieści sześć lat, nieważne, czy jesteś mężatką z dziećmi, czy nie.

Samotni przyjaciele to dobra rzecz dla naszego małżeństwa

Leigh i ja mamy ten sam gust, jeśli chodzi o filmy i telewizję, a z mężem zdecydowanie się różnimy! Dawno już się poddałam i nie namawiam Chrisa do oglądania moich ulubionych programów. Ale Leigh? Wchodzi w to. A jeśli Chris pracuje do późna i we dwie zamawiamy chińskie jedzenie na wynos, tym lepiej.

Ważny jest też czas spędzony bez męża, z dobrą przyjaciółką.

Kiedy cały dzień zajmuję się dziećmi, łatwo mi zapomnieć o przyjaciołach. Świetnie jest mieć pod ręką przyjaciółkę, z którą mogę sobie urządzić dziewczyńskie pogaduszki w każdej chwili. Nie muszę się martwić o to, czy jestem doskonałą gospodynią, siedzimy po prostu na kanapie i relaksujemy się. Ważny jest też czas spędzony bez męża, z dobrą przyjaciółką.

Ale Leigh pomaga nam również być razem. Umówiliśmy się, że czasem zostanie w domu, kiedy po położeniu dzieci do łóżek będziemy chcieli wybrać się na późną kolację albo na mini-randkę. Mieszkamy daleko od rodziny, więc rzadko mamy okazję korzystać z darmowej opieki nad dziećmi. Dzięki temu, że możemy być razem bez finansowego ciśnienia, liczenia godzin pracy drogiej opiekunki, spokojniej idziemy na romantyczny spacer albo wstępujemy w jakieś fajne miejsce na drinka.

To piękne i ważne, że w życiu moich dzieci są inni dorośli, którzy je kochają i wspierają

Kiedy mój najstarszy syn występował w szkolnym przedstawieniu (był na scenie całe trzy minuty), Leigh kibicowała mu cały czas. Kiedy odwiedzaliśmy rodzinę i była mowa o Leigh, syn powiedział do kuzyna: „Mamy świetną koleżankę!”. Mój pięciolatek narysował ostatnio naszą rodzinę i uwzględnił na rysunku „pannę Leigh”. Jej obecność uświadomiła moim dzieciom, że są ważne nie tylko dla najbliższej rodziny, i że przyjaźń i poczucie wspólnoty są nie tylko dobre – są niezbędne.

Jako matka zachowuję się lepiej w obecności innej dorosłej osoby

Wszyscy rodzice wiedzą, że w wychowaniu dzieci zdarzają się chwile pełne napięcia. Kiedy do głosu dochodzi pierwotny instynkt, przestaję być miła i uprzejma, i wściekam się na dzieci. Jak wszystkim rodzicom, zdarza mi się stracić panowanie nad sobą. Obecność Leigh uświadomiła mi dwie rzeczy.

Po pierwsze, trudniej jest stracić panowanie nad sobą, kiedy w domu jest inna dorosła osoba (nie będąca małżonkiem). Akurat tyle jeszcze próżności we mnie zostało, że w takich chwilach jestem bardziej świadoma tego, co się wokół dzieje i mogę się uspokoić. Nawet jeśli tylko z powodu obecnej gdzieś za ścianą Leigh – ważne, że to działa i znajduję w sobie więcej cierpliwości. Po drugie, kiedy już nawrzeszczę na dzieci przy Leigh, mam w niej przyjaciółkę, która powie mi, że jestem dobrą matką, przypomni, co zrobiłam dobrze, pomimo błędów.

A Leigh może uczestniczyć w rodzinnych radościach i wyzwaniach

Leigh mieszka z nami, a to oznacza, że nie musi wracać co wieczór do pustego mieszkania. Wraca do domu i trafia w środek wesołego (najczęściej) chaosu. Choć jest introwertyczką i potrzebuje czasu dla siebie, ma też okazję uczestniczyć w naszym szaleństwie i brać od nas to, czego nie dostałaby, mieszkając sama.

Na przykład o 17:30, kiedy wkładam w pośpiechu warzywa do piekarnika, a starsi chłopcy biją się o klocki lego, ona dobrowolnie opuszcza swoją samotnię, bierze na ręce marudne maleństwo i uspokaja walczących dzikusów. Je z nami kolację i ma poczucie przynależności. Ma ją kto zapytać, jak minął dzień, ma z kim obejrzeć wieczorny program w telewizji. Czasem najzwyklejsze chwile rodzinnego życia mogą być dla kogoś darem.

Single i małżonkowie potrzebują siebie nawzajem

Potrzebuję samotnych przyjaciół, bo mogę im coś dać, a oni mogą dać coś mnie. Leigh nauczyła mnie, że nie muszę przepraszać za to, jak wygląda moje zwariowane życie, i że powinnam zwracać uwagę na ludzi, którzy mogą czuć się zagubieni w tej trąbie powietrznej, która wiecznie nam towarzyszy. Nauczyła mnie też uważać na to, co mówię i piszę o byciu trzydziestolatką. Tak, macierzyństwo to ważna część mojego życia, ale dzieje się w nim znacznie więcej.

Micha Boyett
Micha Boyett
Micha Boyett pasjonuje się mistycyzmem i duchowymi praktykami starożytnego chrześcijaństwa oraz ich oddziaływaniem na współczesne życie w wierze. O modlitwie, macierzyństwie i swojej nowej podróży w głąb świata ludzi z zespołem Downa pisze na michaboyett.com.

Dodaj komentarz: