Hipster Katoliczka: Moje wielorakie powołanie

Jakie jest moje powołanie? Na pewno choć raz zadaliście sobie to pytanie. Ja wciąż szukam na nie odpowiedzi.

Do pewnego momentu, jak większość katolików, byłam przekonana, że mam jedno powołanie. Rodzinne albo zakonne. I starałam się je badać. Jako mała dziewczynka zachwycałam się “sukienkami” sióstr zakonnych, ale szybko okazało się, że bardziej niż o styl życia chodzi mi o krój ubrań. Później wiele razy w życiu bałam się, że Bóg chce, żebym poszła do zakonu. Ale w sercu miałam świecącą neonem jasność: nie.

Nie-jaskrawa alternatywa

Czego się bałam? Czasem myślę, że lęk jest ulubionym narzędziem Złego. Po mistrzowsku potrafi je podsycać. Jest w stanie zrobić wszystko, żebyśmy nigdy nie zrozumieli, czym jest powołanie.

A nie jest nim tylko wybór między rodziną i zakonem.

Upraszczanie życiowych wyborów do jaskrawej alternatywy jest bardzo bezpieczne, ale naiwne. A jeżeli chcemy poznać swoje prawdziwe powołanie, musimy wejść głębiej.

Nie ma planu

Kilka miesięcy temu prowadziłam spotkanie z o. Stachem Nowakiem, dominikaninem, który otworzył mi głowę na kilka faktów. Między innymi na ten, że Bóg nie ma dla mnie z góry gotowego “wspaniałego planu”. – Jesteś wolny więc ty rozpoznajesz dobro i wybierasz – mówił. – Dlatego nie bój się, że nie zrealizujesz swojego powołania, to niemożliwe, jeśli chcesz z Nim współpracować.

To był moment, w którym zrozumiałam, że nie mam się czego bać.

Czym jest powołanie? Poczuciem, że chcę? Poczuciem, że nie chcę, ale powinienem? A może w ogóle poczuciem, że powinienem? Otóż, nie. Dominikanin tłumaczył, że powołanie to mój osobisty wybór, za który jestem odpowiedzialna wyłącznie ja. Bóg dał nam wolność, nie mogę zwalić winy na Niego.

– Bóg będzie z tobą na wszystkich twych drogach (Ps 91, 11), które wybierzesz – mówił dominikanin. Kurczę, czyli jednak. Chrześcijaństwo wymaga wymagania od siebie. Tylko wymagając od siebie będę dojrzewać, a dojrzewając będę odkrywać prawdę o sobie. Dopiero w prawdzie mogę odkryć moje powołanie. Czyli moje ukryte głęboko w sercu pragnienie.

 

A konkretnie?

Jest kilka rzeczy, do których powołany jest każdy chrześcijanin. Mamy swoim życiem głosić Ewangelię, traktować innych jak Jezus, szukać Boga, coraz lepiej Go poznawać i coraz bardziej otwierać się na Jego propozycje. To jasne i wynika z naszej świadomej decyzji dołączenia do Kościoła lub pozostania w nim. W końcu jesteśmy tu z własnej woli.

Wczoraj napisał do mnie Bartosz z pytaniem, jakie jest moje powołanie. Pisanie, uczenie się rezygnowania z siebie, cierpliwość… to niektóre z moich powołań. Za rok może nimi być coś innego. Codziennie oceniam to na nowo i podejmuję kolejne wybory. Wynikają z klasycznego rozeznania: mix Ewangelii, pokoju serca i ludzkich pragnień. A może odwrotnie?

Kalka szczęścia się nie sprawdza

Powiedzmy sobie szczerze, kocham siostry zakonne, ale zawsze wiedziałam, że nie będę jedną z nich. W takim razie może małżeństwo? Ciekawa sprawa, Marta Brzezińska-Waleszczyk powiedziała mi ostatnio, że można mieć powołanie do małżeństwa z daną osobą, nie do małżeństwa w ogóle. Jakie to prawdziwe. Powołanie nigdy nie jest zerojedynkowym wyborem. Wtedy życie byłoby bardzo proste.

Dla mnie powołanie jest też w pewien sposób zgodą na porażkę. Nieważne, czy dotyczy pracy, małżeństwa czy bycia mamą. Zawsze coś zabiera. To trochę jak kalkowanie zdjęć z Instagrama we własnym domu. Jakoś tak średnio kopiować czyjeś wnętrze jeden do jednego. Po co mi to, skoro będzie mi wygodniej w innym układzie?

Inaczej

Nie uda nam się w życiu wszystko tak, jak byśmy chcieli. Ale wolność, z której wynikają wybory, to zgoda właśnie na to, że będę szczęśliwa po swojemu. Trochę inaczej. Ale, kurczę, będę i to bardziej, niż mogłabym sobie wymarzyć.

Mamy wiele powołań. Przy każdym podejmujemy autonomiczną decyzję. I jedyna zasada, jaka tu obowiązuje to Jego Imię.

Jola Szymańska Hipster Katoliczka
Jola Szymanska
Z-ca red. naczelnej Magazynu For Her i autorka bloga hipsterkatoliczka.pl. Z wykształcenia prawnik i muzyk. Relaksuje ją kaleczenie sonat Beethovena na pianinie, brytyjski YouTube i... modlitwa.

Dodaj komentarz: