Francuski romans, który zmienił moje życie

Rok spędzony we Francji nauczył mnie wszystkiego, co powinnam wiedzieć o radości życia.

Paryż był początkiem podróży. Fot. Lechatnoir | Getty Images

Jak wielu naiwnych nastolatków w czasie swojej pierwszej zagranicznej wycieczki zakochałam się zaraz po zejściu z pokładu samolotu. Nasz romans zmienił całe moje życie – ale nie był to romans z mężczyzną. Zakochałam się w… kraju.

Sztuka przyjemności

Wszystko było pakowane po trzy, więc oczywiście brałam wszystkiego po trzy. Zwłaszcza ciastka.

– Je voudrais trois pains au chocolat, s’il vous plaît – mówiłam ostrożnie, zawstydzona swoim koszmarnym francuskim, a jeszcze bardziej tym, że wyglądam jak turystka. (Na marginesie: klapki i bluza od dresu to zdecydowanie amerykański styl).

Ignorując pogardliwie zmarszczony nos sprzedawczyni, nabożnie przyjmowałam paczuszkę, którą mi wręczała. Czułam w dłoniach cudowne ciepło białej, papierowej torebki, a głęboki, odruchowy wdech przynosił oczarowanie aromatem perfekcyjnej kompozycji drożdży, cukru i czekolady.

Yummy freshly baked goods for sale on the counter of a stylish bakery.

Pain au chocolat, idealne do porannej kawy. Fot. Gabriela Tulian | Getty Images

Czasami nie mogłam się powstrzymać i zjadałam croissanty od razu, nie zważając na płatki francuskiego ciasta na policzkach i palcach ani na okruchy, którymi znaczyłam drogę. Niekiedy gęsty tłum stylowo ubranych par i szczuplutkich klientek rozstępował się i śpieszyłam dołączyć do ludzi w kafejce na chodniku. Z tą oczywiście różnicą, że zamawiałam café au lait z dodatkowym mlekiem i deux sucres, a francuski w każdym calu kelner przewracał oczami i kręcił głową.

 

Wiem, że to siedzenie w słońcu, w zwykłej kafejce na chodniku zapamiętam jako najlepsze chwile w życiu.

Nieważne, jak bardzo nieobyta mogłam się wydawać mieszkańcom tego miasteczka, Lille, w którym mieszkałam po pierwszym roku w college’u, i tak ogarniał mnie błogi spokój. Wiedziałam, że to siedzenie w słońcu, w zwykłej kafejce na chodniku zapamiętam jako najlepsze chwile w życiu.

I miałam rację.

Nie byłam pewna, w co się pakuję, gdy wsiadałam do samolotu lecącego do Paryża (mój pierwszy lot w życiu, uwierzycie?), ale wiedziałam, że jestem gotowa się zakochać – i z tym nierozważnym przeświadczeniem kochanków, rzucających się głową naprzód w nowy związek, wierzyłam, że Francja mnie nie zawiedzie.

Francja nauczyła mnie wszystkiego, co powinnam wiedzieć o życiu (i jedzeniu)

Jak wszystkie romanse, nasz także był pełen pasji, zarazem powolnego smakowania chwil i gwałtownej chęci chłonięcia wszystkiego. Od początku wiadomo było, że to się skończy, ale po drodze miałam nauczyć się wszystkiego, co powinnam wiedzieć o życiu.

Niektóre lekcje były konkretne, na przykład ta, że dżinsy wyglądają lepiej z butami na obcasach (naprawdę). Inne bardziej abstrakcyjne – jak ta, że w niedzielę przez godzinę można nie robić absolutnie nic prócz wąchania kwiatów na targu, a w całym mieście panuje cisza i spokój.

Można jednocześnie być samotnym i kochać samotność.

Nauczyłam się też wielu praktycznych rzeczy: jak ignorować gwizdy ulicznych wielbicieli albo jak nie zgubić się, wędrując po małych i dużych miastach (niebagatelna umiejętność). Inne lekcje miały postać wewnętrznych objawień, powoli dojrzewających w mojej głowie, na przykład: jak to możliwe, że jest się samotnym i jednocześnie kocha się samotność. Naturalne młodzieńcze kompromisy, poznawanie siebie, odkrywanie dorosłości.

Ale lekcją, która została we mnie na zawsze jak zapach roztopionej czekolady unoszący się w powietrzu, była miłość do jedzenia.

France, Paris (75), Galerie Vivienne, le Bistrot Vivienne

Bistro Vivienne, Galerie Vivienne, Paryż. Fot. Bertrand Rieger | Hemis.fr

We Francji codziennie jadłam czekoladę. Jeśli nie pożerałam trzech czekoladowych croissantów, zadowalałam się standardową w naszym akademiku przekąską – grubymi kromkami domowych, białych tostów, posmarowanych nutellą i maczanych w parującej miseczce czekolady. Na lunch szybko nauczyłam się zamawiać moje ulubione bagietki, zwykle wybierając z szynką lub salami, wetkniętymi między grube plastry sera i masła. Uwierzcie, zjadałam całą bagietkę, na deser zagryzając ją chrupiącym jabłkiem.

We Francji po prostu cały czas jadłam, nie mogąc się nadziwić wszechobecnej obfitości czekolady i chleba. Ale ważniejsza lekcja dotyczyła radości. Piękno pieczenia, zapachów, smaków i dzielenia się. Jak gdybym otworzyła nowe drzwi do radości życia.

Zabrałam Francję do domu

Kiedy wróciłam do domu, rodzina była zdumiona moja przemianą. Było tak, jakby Francja wzięła mnie pod swoje skrzydła, wyszeptała mi w sekrecie, jak cieszyć się chlebem, winem i czekoladą, i delikatnie odłożyła mnie na miejsce – pogodniejszą, o dziwo zdrowszą, uśmiechniętą.

Dziś ciepło myślę o dniach spędzonych we Francji i wiem, że w moim codziennym amerykańskim życiu nigdy ich nie zapomnę.

<br data-mce-bogus="1"><br>

Babeczki z owocami i kremem czekoladowym. Fot. Léa Jones | Stocksy United

Myślę o Francji, kiedy smaruję prawdziwym masłem chrupiący kawałek świeżego chleba.

Myślę o niej, kiedy delektuję się zapachem czekolady, która rozpuszcza się w rondlu, a ja mieszam ją, póki nie zacznie lśnić.

Myślę o niej, kiedy przed wyjściem z domu zakładam do dżinsów proste szpilki.

I dziękuję jej, kiedy w tych rzadkich, kradzionych chwilach wgryzam się w złocistą skórkę croissanta i wiem, że w środku, jak niecierpliwy kochanek, czekają na mnie kawałeczki czekolady.

Dziękuję jej, że nauczyła mnie zmysłowej radości z prawdziwych smaków, i tego, jakie piękne może być jedzenie czekoladowego croissanta w słoneczny poranek.

Dobrze. Trzech czekoladowych croissantów w słoneczny poranek. Niech będzie.

Chaunie Brusie
Chaunie Brusie
Pielęgniarka, która została pisarką. Jest autorką "Tiny Blue Lines: Preparing For Your Baby, Reclaiming Your Life, and Moving Forward in an Unplanned Pregnancy,” i strony tinybluelines.comis . Mama trzech córek i syna. Mieszka z rodziną w Michigan.

Dodaj komentarz: