Dlaczego powinniśmy mieć „niewygodnych” przyjaciół

Najprościej jest szukać azylu wśród myślących podobnie, ale to też najbardziej sprzyja podziałom.

On jest z innej bajki? Poszerzy twoje horyzonty. Fot. Westend61 | Getty Images

Zauważyliście, że jesteśmy coraz bardziej podzieleni? Mamy lewicę i prawicę, tych, co chodzą do kościoła i tych, co nie chodzą, ludzi, którzy określają się jako „pro-jedno” albo „anty-drugie”, tych, co piją kawę czarną, jak Bóg przykazał i tych, co błądzą, mieszając ją z mlekiem. Ale zbaczam z tematu.

Dzięki internetowym forom i grupom dyskusyjnym łatwo jest dziś znaleźć podobnie myślących przyjaciół, możemy więc tworzyć więzi w oparciu o wspólne zainteresowania albo hobby. Dobrze jest znaleźć takie oazy na pustyni – grupy, w których można być sobą i budować przyjaźnie na bazie tego, co łączy. (Może jakaś grupa dla snobów kawowych, co?). Wiemy, o co chodzi. Świat jest męczącym miejscem, kusi więc perspektywa ucieczki do swoich. Ciągłe spory o politykę i religię nie służą przyjaźniom, więc potrzeba nam więzi z podobnie myślącymi, schronienia przed oszalałym światem.

Jak hobbici albo strusie

Kiedy dość mam nowin ze świata polityki albo historii o tym, że świat zmierza prosto do piekła, wycofuję się do mojej strefy komfortu i zakreślam obronny krąg wokół siebie. Bezpiecznie obwarowany, jestem jak hobbit radośnie spożywający drugie śniadanie w przytulnym domu w Shire, podczas gdy świat płonie wokół mnie. To działa; daje komfort i bezpieczeństwo, ale czy lepiej mi z tym? A wam?

Podtrzymywanie tylko tych przyjaźni, które są dla nas wygodne, pozbawia nas szans na rozwój.

Weźmy na przykład taką wieść: oto Facebook opracował algorytm, który szufladkuje nas według sympatii politycznych. Jakiekolwiek wiadomości czy historie sprzeczne z naszymi preferencjami przestaną być dla nas widoczne. Mówiąc wprost, Facebook uważa nas za strusie, chowające głowy w piasek, żeby nie widzieć, co robią ci wszyscy paskudni ludzie i ustrzec się załamania nerwowego z powodu przedawkowania faktów. Zapewne dzięki temu zyskamy przyjazne, bezstresowe media społecznościowe, ale ta izolacja działa w obie strony: my nie słuchamy innych, inni nie słuchają nas.

Warto spojrzeć głębiej

Kiedy pali mnie potrzeba refleksji na ważny temat, mówię tylko do swoich. Nikt, kto się ze mną nie zgadza, nie zobaczy, co piszę i nie będzie miał okazji podyskutować. Moje życie jest uboższe z tego powodu, tracę okazję usłyszenia, co mogliby powiedzieć inni znajomi. Znika szansa na zakwestionowanie moich poglądów. W rezultacie ucierpi moja zdolność empatii, bo poglądy różne od moich nie będą już przedstawiane mi przez kogoś, kogo znam i szanuję, a tylko przez jakąś abstrakcyjną grupę „innych”, których łatwo zlekceważyć. Podtrzymywanie tylko tych przyjaźni, które są dla nas wygodne, pozbawia nas szans na rozwój.

Nie trzeba przyjaźnić się ze wszystkimi, ale gdzie jest granica? Na jaki poziom niewygody jesteśmy gotowi, żeby zaprzyjaźnić się z kimś o odmiennych poglądach? Co z sąsiadem, z którym nie mam nic wspólnego, który wyznaje inną religię, ma inny status społeczny, może nie podziela moich przekonań moralnych? Mam go ignorować, bo pochodzimy z innych światów?

Wszyscy zasługujemy na szacunek i o ile umiemy darzyć się nim nawzajem, przyjaźń jest możliwa.

Unikanie niezręcznych spotkań jest z pewnością łatwiejsze, ale nikt nie zasługuje na to, by go ignorować. Nawet jeśli nie mam pojęcia, co miałoby mnie łączyć ze wspomnianym sąsiadem, niewidzianym od lat znajomym albo którymś z milczących krewnych, warto spojrzeć głębiej. Nie muszą nas łączyć sprawy zewnętrzne, ale może wspólne spojrzenie na życie, doświadczenie, jakieś cechy osobowości. Jeśli nawet nie to, łączy nas przecież jedno – wszyscy zasługujemy na szacunek i o ile umiemy darzyć się nim nawzajem, przyjaźń jest możliwa.

Wyobraź sobie choćby tego gościa z pracy, którego nie znasz. Zamiast udawać, że patrzysz w telefon, kiedy go mijasz, zatrzymaj się na chwilę i zagadaj, o byle czym. Taka rozmowa może przerodzić się w coś istotnego. Zaproś sąsiadów na kolację, żeby ich lepiej poznać. Jeśli nawet nie zostaniecie najlepszymi przyjaciółmi, nigdy nie wiadomo, może uda się nawiązać niespodziewanie dobrą znajomość. Nie martw się, ile to ciebie kosztuje, ludzie są tego warci.

Rozmaite bywają związki międzyludzkie, ja sam ciągle zastanawiam się, ile jestem gotów poświęcić dla przyjaźni z ludźmi, z którymi wiele mnie różni. Chcę chronić siebie i moją rodzinę przed przysłowiowymi „chuliganami z osiedla”, ale na taką postawę też trzeba uważać. Może będę mógł jakoś na nich wpłynąć, ofiarować radę i pomoc. Albo pokorniej – może dowiem się czegoś, o czym nie miałem pojęcia, zobaczę świat z innej perspektywy, coś zyskam, a najważniejsze: przypomnę sobie, że nieważne, jaką częścią tej szalonej ludzkiej układanki jesteśmy, przez to życie idziemy razem.

Michael Rennier
Michael Rennier
Michael Rennier jest absolwentem Yale Divinity School, mieszka w St. Louis w stanie Missouri z żoną i pięciorgiem dzieci. Współpracuje z Dappled Things, gazetą poświęconą sztukom plastycznym i literaturze.

Dodaj komentarz: