Gafy, które popełniamy latem

Kiedy nad miastem przetacza się fala upałów, dobre maniery wylatują przez otwarte okna.

Foto Guille Faingold | Stocksy United

Lato w pełni. Temperatura dochodzi do 35 stopni, ludzie rozkoszują się myślą o leżeniu na trawie i doskonaleniu opalenizny albo ociekają potem i rozpaczliwie pragną biletu w jedną stronę na biegun północny. Zdecydowanie zaliczam się do tych drugich – jestem wielką miłośniczką zimy.

Dla mnie, mieszkanki miasta, uziemionej wśród budynków i tłumów na ulicach, gorąco jest nie do zniesienia. Większą część lipca i sierpnia spędzam oglądając prognozy pogody i czekając na wzmiankę o burzy. Ach, ten cudowny grzmot, koniec upału! Rankiem przeczesuję szafę w poszukiwaniu jak najbardziej przewiewnego stroju, który nie odsłaniałby za dużo ciała i pozwoliłby zachować minimum elegancji – niestety, poszukiwania trwają już parę dekad i jeszcze nie znalazłam dobrego rozwiązania!

Nie chcąc opuszczać domu w samej bieliźnie, przyzwyczaiłam się do spędzania większości czasu w trochę jednak chłodniejszym mieszkaniu i wychodzę dopiero około czwartej po południu, kiedy upał nieco słabnie. Zwykle idę od razu na basen i zabieram ze sobą moich synów, cztero- i dziesięcioletniego. Mają jasną karnację i też źle znoszą upał. Po drodze przyklejamy się do plam cienia i idziemy przez najgęściej zadrzewiony park, żeby dojść do basenu po jego drugiej stronie. To nasz mały rytuał.

Po kilku dniach parkowych wędrówek zauważyłam, że letnia frajda zamienia się w letnie złe maniery. Właściwie pierwszy spostrzegł to mój młodszy syn. Pewnego dusznego dnia zaczął po drodze chichotać i trącać brata, który też parsknął śmiechem.

Rozejrzałam się i dostrzegłam, z czego się śmiali, a była to letnia gafa numero uno…

Opalanie w bieliźnie

Wiem, co myślicie, ale nie jestem świętoszką. Bronię kobiecych kształtów i uważam, że są naprawdę piękne. Ale pamiętacie, wcześniej napisałam, że nie wyszłabym z domu w bieliźnie. Cóż, wydaje się, że w lecie niektórzy właśnie to robią. Według mnie na negliż jest czas i miejsce, ale nie jest nim miejski park. Niektórzy zwrócą mi uwagę, że między biustonoszem a górą od bikini jest niewielka różnica. Być może mają rację, zależy od wzoru. Ale kostiumy kąpielowe są zrobione z solidniejszych materiałów i mają tę cechę: jestem gotowa wskoczyć do wody. Staniki natomiast wyglądają bardziej intymnie, coś w rodzaju: zaraz go zdejmę i wejdę pod prysznic i do łóżka albo proszę mnie zbadać, doktorze. Są po prostu inne.

To powiedziawszy, nie jestem pewna, czy bikini w mieście jest na miejscu. Dziwnie jest oglądać smukłe ciała w kostiumach kąpielowych leżące między biznesmenami jedzącymi lunch na trawie w centrum miasta. Być może myślę tak dlatego, że nigdy nie miałam odwagi założyć bikini na plaży, nawet wtedy, gdy miałam 18 lat i świetne ciało, którego nie doceniałam. Wolę po prostu kostiumy jednoczęściowe.

A może przemawia przeze mnie zazdrość. Tak, to na pewno możliwe. Głównie jednak przypisuję to prostemu faktowi, że nigdy nie przeszłabym się przez centrum handlowe w bikini czy staniku, więc czemu miałabym to robić w uczęszczanym parku, gdzie nie ma wody do pływania, wśród obcych ludzi? Może lepiej iść na basen?

Rozumiem, że ktoś chce się opalić, ale od tego są plaże. A matczyne uczucia każą mi się martwić – nie tylko dlatego, że mój syn się gapi – o te młode kobiety, leżące tak i pogrążone w lekturze wakacyjnych powieści. Nie da się nikogo powstrzymać przed zrobieniem im zdjęć i pokazaniem ich ciał w samej bieliźnie w Internecie, gdzie może je oglądać cały świat.

„Patrzcie” teraz na drugą letnią gafę:

Okulary słoneczne 24/7

Jedną z rzeczy, które uwielbiam latem, są popołudniowe spotkania z przyjaciółmi, kiedy siedzimy na zewnątrz kafejki i czujemy lekką bryzę – OK, bryza to marzenie, raczej pełen kurzu powiew zza przejeżdżającej ciężarówki. Ale coś mnie w tych popołudniach zaczyna niepokoić: niektórzy moi przyjaciele nie zdejmują okularów słonecznych, żeby spojrzeć mi w oczy. Dla mnie okulary słoneczne są przeszkodą w dobrej komunikacji. Kiedy rozmawiam na żywo z dziewczynami z mojej paczki, wolę widzieć, jak reagują na to, co mówię. Nie chcę zgadywać, gapiąc się na szkła zrobione z tego samego materiału, co hełm Lorda Vadera. Okulary zasłaniają tę małą iskierkę uśmiechu, to spojrzenie współczującej zgrozy i rozmowa staje się po prostu niepełna.

Rozumiem, dlaczego ludzie zakładają okulary słoneczne, sama mam kilka par. W słoneczne dni oczy trzeba chronić. Ale kiedy spotykam przyjaciół, zdejmuję okulary, żeby się z nimi przywitać, tak jak dżentelmen mógłby w dawnych czasach uchylić kapelusza. Chcę, żeby widzieli, że jest mi miło spotkać się z nimi. Pewnie, założę je z powrotem, jeśli będzie trzeba, ale to nie jest ten styl 24/7, jaki niektórzy lansują nawet we wnętrzach. O ile nie masz paskudnej infekcji oczu, nie jesteś znana na całym świecie, nie podbiłaś sobie oka o kant szafki albo nie masz w domu ośmiolatka, który jeszcze niewprawnie posługuje się kijem baseballowym, myślę, że parę razy dziennie możesz zdjąć okulary.

Dodatki mogą być w lecie kłopotliwe, czyli trzecia gafa:

Klapki w roli zwykłego obuwia

Stopy to część ciała, z którą czasem trudno dać sobie radę, wiem. Kiedy puchną w upale i nie mieszczą się w cudne cieliste szpilki od Louboutina, dobre do kwiecistej sukienki na każdą letnią okazję, naturalnym wyjściem jest przerzucić się na coś wygodniejszego. Latem niezbędne bajeczne klapki rozwiązują tyle problemów. Są płaskie – alleluja! – otwarte, wygodne, kiedy już zagoi się to pierwsze otarcie między palcami i tanie. Czego tu nie kochać?

Zauważcie, na liście zalet nie ma słów nadają się do biura i wypada je założyć do kościoła. Trochę się krzywię, kiedy słyszę znajome „klip-klap” niosące się za ludźmi całe lato, odbijające się echem w biurowych korytarzach i wzdłuż kościelnych ławek. Są sytuacje, które wymagają nieco więcej wysiłku niż weekendowy strój. Wyobraź sobie, że w ostatniej chwili dostajesz wezwanie na spotkanie z prezesem, a twoje stopy obute są w klapiące klapki. Nie zrobisz takiego wrażenia, jakie zapewne chciałabyś.

Więc oczywiście, wygodne buty na płaskim obcasie albo przewiewne sandały, ale nie japonki. Jest tyle ładnych, wygodnych, bardziej eleganckich sandałów do wyboru. Polecam te, które można zrobić własnoręcznie.

Moda na bok, oto jeszcze jedna, bardzo ważna, letnia gafa…

Ryczące radio

Gusta muzyczne bardzo się różnią – synowie regularnie wyśmiewają moje wybory, ale nie szkodzi, nauczą się. Słucham muzyki niezbyt głośno i wątpię, czy sąsiedzi zauważyliby, gdybym słuchała zapętlonej płyty Simona i Garfunkela dwie godziny bez przerwy, próbując wychwycić te wszystkie trudne akordy w Bridge Over Troubled Water. Ja też zresztą nie słyszę muzyki u moich sąsiadów. Ale mam szczęście – znajomi narzekali ostatnio, że nie mogą spać z powodu czegoś, co nazwali letnim zanieczyszczeniem hałasem. Letnie miesiące przynoszą nie tylko upał, co oznacza więcej otwartych okien, ale także dłuższe dni, można więc dłużej posiedzieć z rodziną albo z gośćmi w ogródku i na balkonie.

Na ulice wypływa kakofonia rozmaitej muzyki, a czasem energicznych kłótni, i niesie się długo w łagodną ciepłą noc. Jeśli mieszkasz w mieście, pomyśl o sąsiadach, zanim podkręcisz „Dancing Queen” ABBY i otworzysz okna na oścież.

Tym, którzy mają ogródek albo basen, chciałabym powiedzieć, że rozumiem, jak wspaniale jest popływać o północy, ale hałas może przeszkadzać, zwłaszcza kiedy zmęczeni rodzice próbują ukołysać do snu marudne maleństwo. Każdy, kto miał hałaśliwego sąsiada, wie jaka to męka, nawet jeśli nie ma małych dzieci. Więc jeśli urządzasz przyjęcie na dworze, oprócz zatyczek do uszu, które możesz sprezentować sąsiadom i ich dzieciom, miło byłoby uprzedzić, a jeszcze lepiej zaprosić ich na wieczorną, umiarkowanie głośną imprezę.

A co ciebie złości latem? Napisz!

Cerith Gardiner
Cerith Gardiner
Urodziła sie w Londynie, od 14 lat mieszka w Paryżu. Spędza czas ucząc angielskiego, wożąc samochodem czwórkę swoich dzieci i zastanawiając się, czy z czasem stanie się tak szykowna jak rodowite Francuzki.

Dodaj komentarz: