30 godzin pracy w tygodniu? To jest możliwe

Praca od 9 do 17, pięć dni w tygodniu. Cały czas gonimy za pieniędzmi, realizujemy różne zobowiązania i brakuje nam czasu na to, co najważniejsze w życiu. A wcale nie musi tak być.

Praca jest ważna... jeśli nie zabiera tego, co ważne w życiu. Fot. Lumina | Stocksy United

Nie dla wszystkich kariera jest najważniejsza, nie wszyscy dążą do tego, żeby osiągać jak najwyższe zarobki. Jesteśmy różni – jedni lubią konkurować i wspinać się po szczeblach sukcesu, innym wystarczy święty spokój lub dobre relacje z otoczeniem. Wszystkich w dzisiejszych czasach łączy jednak praca – standardowe 40 godzin tygodniowo, od poniedziałku do piątku, zazwyczaj od 9 do 17. Są jednak tacy, którzy próbują się wyrwać z tego kieratu. Tak było w moim przypadku. W dzieciństwie marzyłam o tym, żeby pracować na misji za granicą. Potem, jak już zaczęłam studiować, zaciągnęłam kredyt studencki i mocno odczułam, jak wielkie to zobowiązanie. Chciałam go jak najszybciej spłacić. Najpierw mieszkałam w akademiku i miesiącami jadłam kanapki z masłem orzechowym, a potem wróciłam do rodziców i dokończyłam studia. Przez cały czas pracowałam dorywczo w dwóch miejscach. Moim celem było ukończenie studiów z jak najmniejszym długiem – i udało się! Kiedy razem z mężem postanowiliśmy pójść na studia magisterskie, wybraliśmy małą szkołę o niezbyt wielkim prestiżu. Mąż studiował prawo, a ja język angielski dla obcokrajowców. Równolegle cały czas pracowaliśmy.

Wolontariat w lokalnej społeczności

Zamieszkałam razem z mężem w dzielnicy ubogich uchodźców. Plusem takiej lokalizacji były niskie koszty utrzymania, ale nie tylko – zarówno ja, jak i mój mąż mocno zaangażowaliśmy się w pomoc lokalnej społeczności. Między pracą a studiami staraliśmy się aktywnie działać – organizowaliśmy zajęcia pozaszkolne dla dzieci czy doradztwo dla rodzin. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że odpowiada nam taki styl życia. Postanowiliśmy więc, że nie będziemy pracować na cały etat, tylko na część. I to był świetny pomysł.

Stało się dla nas oczywiste, że wspinanie się po szczeblach kariery i zarabianie pieniędzy sprawią, że nie będziemy mieć wystarczająco czasu, aby pracować dla naszych sąsiadów i skutecznie nas od nich odsuną.

Słuszność naszej decyzji zweryfikowało urodzenie się pierwszego dziecka. Okazało się, że mamy czas, aby się nim opiekować. Ja pracowałam wtedy ok. 15 godzin tygodniowo, mąż – 30. Udało nam się zajmować dzieckiem, poza tym mieliśmy czas zarówno dla przyjaciół i rodziny, jak i na wolontariat wśród naszych sąsiadów.

Taki styl życia utrzymujemy do dzisiaj. Oczywiście nie uważam, że praca jest nieważna – jest bardzo istotna. I są sytuacje, kiedy trzeba dużo pracować, aby np. w przypadku konieczności spłaty zaciągniętych kredytów i pożyczek – jak najszybciej pozbyć się długów. Nie oznacza to na przykład, że nie warto zaciągać kredytu studenckiego – wręcz przeciwnie – ukończenie szkoły przekłada się na większe możliwości w wyborze zajęcia i godzin pracy. Marzyliśmy, by ograniczyć liczbę godzin pracy zawodowej w tygodniu tak, aby wystarczało na życie. W zamian możemy angażować się w relacje – zarówno z bliskimi, jak i z ludźmi, którzy nas otaczają.

Kult pracy

Postrzeganie pracy w Ameryce jest skomplikowane. Dyskurs na ten temat w ciągu kilku ostatnich wieków stopniowo się przeobrażał – od akcentowania bezpieczeństwa w pracy, przez indywidualizm, do znaczącej roli pracy w życiu człowieka. I tak od lat 70. za oceanem panuje tzw. ewangelia konsumpcjonizmu. Ale żeby wszystkie dobra były w zasięgu ręki, trzeba na nie zapracować. Stąd Amerykanie przodują w liczbie godzin spędzonych w pracy – statystyki z lat 90. ubiegłego wieku wskazywały, że przeciętny Amerykanin pracuje 44 godziny tygodniowo oraz 6 godzin w weekendy. Gorzej jest w Azji, gdzie praca osiągnęła rangę kultu. Japończycy pracują ok. 10-12 godzin sześć dni w tygodniu, a potem… umierają z przepracowania. To zjawisko ma nawet swoją nazwę – karoshi. Praca w ciągłym napięciu przez 60-70 godzin tygodniowo podwyższa poziom adrenaliny w krwi, co ma bardzo negatywny wpływ na serce. Rocznie w Japonii dochodzi do 10 tys. przypadków śmierci z przepracowania.
W Europie Polacy znajdują się w czołówce narodów z najwyższym wskaźnikiem godzin pracy. Według danych Komisji Europejskiej znajdujemy się w pierwszej trójce najbardziej zapracowanych narodów Europy. Rocznie spędzamy na pracy aż 1918 godzin. Więcej od nas pracują tylko Grecy (2037 godzin) i Rosjanie (1980 godzin).

Inne wyjście

A gdyby tak pracować krócej… Okazuje się, że temat pracy w mniejszym zakresie czasu nie jest obcy amerykańskim gigantom – np. Amazon, lider na rynku internetowej sprzedaży, właśnie testuje 30-dniowy tydzień pracy w niektórych działach firmy. W ramach tego projektu pracownicy zarabiają 75 proc. pensji i otrzymują pełne świadczenia. Takie pomysły są godne podziwu, zwłaszcza że Amazon generalnie słynie z tego, że większość pracowników pracuje ponad swoje siły i zarabia niewiele.

Branże i stanowiska, gdzie pracuje się więcej niż osiem godzin dziennie są zazwyczaj dobrze płatne i prestiżowe.

To sektor finansowy, prawniczy czy szeroko rozumiana polityka. Coraz więcej innych branż próbuje jednak nadgonić zaległości i nawet małe przedsiębiorstwa i freelancerzy coraz więcej czasu spędzają w pracy, aby wywindować swoje zarobki. Nie ma złotego środka – potrzeby dużych przedsiębiorstw i indywidualnych osób są różne.

Freelancerką jest Katarzyna, dziennikarka. Pracowała kilka lat w korporacji, ale w pewnym momencie odpuściła. – Nie miałam siły na wieczne użeranie się z nowym szefem. Po 3 latach zrozumiałam, że nie chcę się obudzić w wieku 50 lat z refleksją, że najlepsze lata życia spędziłam w korpo – wspomina. Przeprowadziła się ze stolicy do mniejszego miasta i zaczęła pracować na własny rachunek. – Z moim doświadczeniem nie miałam większych problemów z pozyskaniem zleceń, miałam to szczęście, że mogłam wybierać to, co chcę robić – podkreśla. Od pięciu lat pracuje zdalnie i nie wyobraża sobie powrotu do kieratu: – Wstaję o 6 rano, zaparzam kawę i rozkoszuję się ciszą i stukotem klawiszy. Potem o 12 robię sobie przerwę i siadam do pracy dopiero późnym popołudniem na 2-3 godziny – opisuje swój dzień. Często podróżuje – wtedy zabiera mały „roboczy” laptop i może pracować nawet z końca świata, byle było tam wi fi.

Nie tylko ona porzuciła pracę w korporacji. Robi tak wielu Polaków – np. Paulina i Michał Stępniowie, autorzy bloga kulinarnego kotlet.tv. Mając niespełna 30 lat zamienili stałe zatrudnienie i wspinanie się po szczeblach kariery na pracę związaną z pasją. Od paru lat prowadzili bloga i kiedy nadarzyła się okazja, poszli va banque.

Katarzyna ceni sobie najbardziej święty spokój i brak szefa, który stałby nad jej głową i wymyślał kolejne abstrakcyjne zadania. Innym plusem jest elastyczność – praca w godzinach i miejscach, które sama sobie wybiera. Nie bez znaczenia jest czas – może go poświęcić dla rodziny, a szczególnie dla mamy, która ostatnio podupada na zdrowiu. – Biorę laptop, zaszywam się na wsi i celebruję każdą chwilę, którą razem spędzamy – opowiada. – Cudownie jest pisać akapity artykułów na przemian z koszeniem trawnika czy zbieraniem nagietków do wysuszenia – śmieje się i podkreśla, że mimo wyższych zarobków podczas pracy w korporacji i tak czuje się wygrana.

Plusy pracy w mniejszym wymiarze

Nie bez powodu książka „4-godzinny tydzień pracy” Timothy’ego Ferrissa od paru lat jest bestsellerem. Amerykanie patrzą z tęsknotą na europejskie kraje szczególnie w kontekście urlopu macierzyńskiego i wypoczynkowego.

Jesteśmy ściśnięci z każdej strony finansowymi zobowiązaniami, różnymi obowiązkami i kultem pracy. Jak można się wyplątać z tego bałaganu?

U mnie zaczęło się to od pragnienia, aby żyć prosto, a potem przekształciło się w moim umyśle, aby żyć z innymi. Przebudzenie w dużej mierze zawdzięczam swoim przyjaciołom i sąsiadom. Wielu naszych znajomych uchodźców pochodzi z kultur, gdzie najważniejsze są relacje międzyludzkie, a dopiero potem osiągnięcia na innych płaszczyznach. Nasi przyjaciele zawsze mają czas na to, aby się spotkać, wypić herbatę, zjeść ciasto czy pomóc innym w trudnych sytuacjach. Warto zauważyć, że dla wielu osób, które słabo znają język angielski albo mają ograniczony dostęp do edukacji, czy tych, którzy doświadczyli ubóstwa, praca po wiele godzin dziennie dla wyższych zarobków jest czymś zupełnie sprzecznym z ich kulturą.
Do naszej decyzji przyczyniła się również refleksja – co byśmy zrobili, gdybyśmy mieli więcej pieniędzy i dłużej pracowali? Czy podzielilibyśmy się naszymi zarobkami? Czy nie oddalilibyśmy się od naszych przyjaciół z sąsiedztwa?

Praca może stać się częścią naszego większego powołania, które przyczynia się do wspólnego dobra.

Obecnie mój mąż pracuje ok. 25-30 godzin tygodniowo w swoim biurze, a kolejne 10 w domu. Z kolei ja z dwójką małych dzieci pracuję mniej niż kiedykolwiek – jakieś 5 godzin tygodniowo. Jesteśmy obecnie na etapie kupna nowego domu, a biorąc pod uwagę naszą decyzję odnośnie stylu życia – sytuację finansową mamy dosyć napiętą. Zastanawiam się nad wygospodarowaniem dwóch dni na nauczanie, a mąż myśli o wzięciu jednego kursu w lokalnym koledżu. Ale nawet kiedy jemy fasolę i ryż na obiad i odmawiamy sobie wymyślnych drinków w barze, nasz wybór sprawia, że jesteśmy szczęśliwi. Żyjemy tak, jak chcieliśmy, choć niekoniecznie jest to takie życie, do jakiego według innych ludzi powinniśmy dążyć.

W życiu nie chodzi tylko o pieniądze, ale raczej o budowanie relacji. Jeśli mamy możliwości i środki do życia, a nie spędzamy – ani ja, ani mój mąż – wielu godzin w pracy – czuję, że mamy moralny obowiązek, aby działać wśród naszych sąsiadów. Oczywiście nie każdego stać na luksus rezygnacji ze stałej pracy i na niższe zarobki. Pod tym względem w najlepszej sytuacji są przede wszystkim artyści i przedstawiciele wolnych zawodów.

Nie każdy może sobie pozwolić na część etatu lub zrezygnować ze stałej pracy na rzecz dorywczej. Jednak ci, którzy mają wybór, powinni go rozważyć. W ten sposób praca może stać się częścią naszego większego powołania, które przyczynia się do wspólnego dobra na świecie.

D.L. Mayfield
DL Mayfield
Pisze o uchodźcach, teologii, gentryfikacji i Oprah. Publikuje w McSweeneys, Geez, Christianity Today i Conspire! Niedawno wydała zbiór esejów „Assimilate or Go Home; Notes from a Failed Missionary on Rediscovering Faith”.

Dodaj komentarz: